Komedia · 7 min czytania
Miłość na kółkach cz. 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pewnego letniego poranka obudziłam się i zupełnie nie czułam własnych nóg. W pierwszej chwili pomyślałam, że mi po prostu zdrętwiały podczas snu. Próbowałam zdjąć lewą, sprawną nogę z łóżka. Poczułam, że nie dam rady, była ciężka niczym ołów. Po kilku minutach bezsensownych prób, w akcie desperacji, zawołałam swojego brata - Pawła. On przeraził się moim krzykiem i przybiegł do mnie. Natychmiast wytłumaczyłam mu o co chodzi. Paweł zdjął moje bezwładne nogi z łóżka, wsunął na nie kapcie... Jednak wszystkie jego próby spełzły na niczym, gdyż nic nie czułam. Po chwili poprosił mnie, abym się położyła, a sam pobiegł po rodziców. Nie zdążył chyba nawet powiedzieć dokładnie o co chodzi, gdyż oni w moment byli w mojej sypialni. Tata zniósł mnie na dół, a tam ułożył bezpiecznie na kanapie. Mama w tym czasie dzwoniła na pogotowie. *** Byłam bardzo zdenerwowana, bo lewej nogi wcale nie czułam, a w prawą jakby wbijało się mnóstwo noży. Gdy przyjechało pogotowie, sanitariusze wzięli mnie na łóżko, wsadzili do karetki i zawieźli do szpitala. Umówiłam się z rodzicami, że oni tylko mnie spakują i przyjadą do mnie. W szpitalu zrobili mi przeróżne badania, jednak one chyba nic nie wykazały, przynajmniej mi lekarze nic nie powiedzieli. Po niecałej godzinie przyjechali moi rodzice i poszli do jednego z lekarzy. Po chwili przyszli do mnie z niepewnymi twarzami. - Kochanie... - zaczęła mama - będziesz musiała jeszcze dzisiaj jechać do Warszawy... - Co się stało? - zapytałam przerażona. - Gdzie? - Do Centrum. Był to szpital, który śnił mi się niemal co noc. Tam miałam pierwszą operację, która nie zakończyła się dla mnie szczęśliwie, został mi po niej ślad na zawsze - prawostronny niedowład. Teraz znów miałam tam jechać prawdopodobnie na zabieg chirurgiczny. I chociaż nie byłam już małą dziewczynką, strasznie się tego bałam. - Nie jadę do Centrum! - stwierdziłam po chwili namysłu. - Wszędzie, tylko nie tam. - Młoda, to najlepszy szpital w kraju. Tylko tam mają możliwości postawienia cię jeszcze do pionu. - powiedział mój wujek, który nie wiem skąd tam się wziął. Na co dzień był lekarzem, pracującym w karetce. A akurat tego dnia miał dyżur na oddziale ratunkowym, na który mnie przewieziono. - To ty mnie stawiałeś zawsze do pionu, pamiętasz? - powiedziałam z wyrzutem, patrząc na niego, jak na swojego guru, który nie da mi zrobić krzywdy. Wiedziałam, że ma do mnie słabość. Zawsze mi ulegał. Myślałam, że tak będzie również tym razem - jednak niestety, serce przegrało u niego ze zdrowym rozsądkiem. - Zbieraj się! - powiedział do mnie tylko i wyszedł z sali, na której leżałam. - Dlaczego to się nie mogło wydarzyć w przyszłym miesiącu? - zapytałam rodzicielkę, która zaczęła mnie ubierać, niczym niemowlaka. - Czemu w przyszłym miesiącu? - zapytała zaskoczona. - Bo już wtedy nie mogliby mnie przewieść do centrum. Przecież to dziecięcy szpital, a ja za dwa tygodnie kończę osiemnaście lat... - powiedziałam z wyrzutem. Wtedy dałabym sobie rękę uciąć, że rodzice zapomnieli o moich urodzinach. - A wiesz, że jeśli już raz byłaś tam pacjentką, to będziesz nią przez całe życie. - powiedziała moja mama. - Też mi zasada. Kurna, niemal złota. - zadrwiłam. - Okej, ja nawet mogę tam jechać, ostatnio nawet chciałam tam ich…