Komedia · 4 min czytania
Miodek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Gdy zgiełk otaczającego mnie świata zmęczył mnie okrutnie postanowiłem dla odmiany urlop spędzić spokojnie. Tym bardziej, że dostałem zaproszenie wraz z narzeczoną do znajomych na działkę. W praktyce wyglądać to miało tak, że my będziemy się upajać błogim lenistwem, nieróbstwem i wszelakimi przejawami bezruchu, podczas gdy gospodarze w pocie czoła będą pracowali w swoich firmach. Działka na której wylądowaliśmy nie była luksusowa, nie miała żadnych wygód, ale panował na niej błogi spokój. Mały domek w którym mieściło się jedynie podwójne łóżko, stary regał na narzędzia i mały kąt, który przy odrobinie wyobraźni możnaby było nazwać aneksem kuchennym. Przed domkiem mały zadaszony taras, gdzie ustawiono pare krzeseł i stół był punktem centralnym całego otoczenia. Uwaliwszy się na jednym z krzeseł i oparwszy swoje nogi o barierkę tarasu podziwiałem cudowny widok roztaczający się przede mną. Działka kończyła się 10 metrów od domku. Zgrabnie przystrzyżona trawa odprowadzała nas do furtki. Tuż za furtką przebiegała droga, a raczej polna dróżka, bo co najwyżej jeden samochód mógł się na niej zmieścić. Gdy któregoś razu jechaliśmy tą drogą a z naprzeciwka zmierzał ku nam samochód osobowy, oczami wyobraźni już widziałem nas w szczerym polu skręcających przed pijanym rolnikiem. Za tą drogą wyrastały przepiękne drzewa. Jedno większe od drugiego, jedno wyższe od drugiego. Liście na nich mieniły się wszystkimi odcieniami zieleni, od seledynowego, aż po ciemną brunatną zieleń. Jednak to co kryło się za nimi najbardziej mnie urzekło. Czysty, niczym nie skrępowany żywioł. Gładka powierzchnia jeziora nie zmącona ludzką obecnością. Jedynie gdzieniegdzie ptactwo bużyło ten spokój zrywając się do lotu lub wodując. I tak w nieprzerwanej monotonii obrazu siedziałem na ów tarasie sącząc świeżo zrobionego drinka. Pora była wczesna, bo przedpołudniowa, ale nie mogłem odmówić sobie tej