Wakacje · 5 min czytania
Mirell choruje na lato cz.1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Od ganku do ganku, równym krokiem, coś na kształt dawnego liczenia płyt chodnikowych (któż tego nie robił?), ale nie na głos, może bicie serca, raz dwa, raz, dwa, odpoczynek na ławce za słońcem, bo trzeba się schować. Już wiadomo, kiedy spokój, cień i pot wyparował, trzydzieści płyt bo w piersi niespokojnie, na trzydzieści płyt chodnikowych nieśmiałe, acz zachłanne świata przemierzanie. Zobaczyła po raz pierwszy od tamtego czasu siostrę niepokalankę, tym razem zwyczajnie wychodzącą z kapliczki, wypadającą wręcz z drzwi wejściowych i nie mającą w sobie nic z dawnej mistyczności. Bywają takie dni, takie czasy, bywa takie bywanie. Kiedy miłość pierwsza to głupota a jedyne określenie na cegłę to „stara”. Kiedy czyta się Marqueza na ławce w towarzystwie dojrzewających porzeczek, oddychając powietrzem wolności, lekkim, jak by się mogło zdawać, bo bez wiatru od północy przynoszącym z pobliskich łąk minioną rozpacz, wspomnienia złe i te lepsze – by w najmniej oczekiwanym momencie oczy nie mogły się domknąć od łez niczym dom pełen gości niespodziewanych, a tak teraz chce się spać. Bo są też takie momenty, kiedy prócz kawałka snu niczego więcej od życia nie oczekujemy, Mirell. Tak jak siostrę niepokalankę (siostrę Aurelię), bardziej tylko i intensywniej zobaczyła kasztany. Tak, i już wiedziała, to był ten moment, kiedy wszystko się pozmieniało gdzieś w równoległym świecie, by w odpowiedniej godzinie się wymienić bądź przeniknąć sobą. Było bowiem lato. Kasztanów nie ma latem, Mirell. Zachciało jej się napić piwa (a co to jest piwo) i zjeść pizzę (nie wiedzieć z czym jeszcze) a także skorzystać potem z toalety bo zawsze interesowały ją różne lustra, jej własne bowiem znudziły się szybko a w publicznych zawsze czaiło się milion ludzkich emocyjek i dramatków. No co Ty. Przeszła aleją kasztanową w dół do miasta, znów od ganku do ganku, żołnierskim niemal krokiem i coraz intensywniejszymi objawami fobii małomiasteczkowej. Tunele ludzi, takie agresywne, bo każdy patrzy a nie gna za czymś, bo może się uśmiechnie, ale ten uśmiech już przytłacza, bo te stoliki pod parasolkami to już za dużo. Ludzie piją piwo (taki napój, z alkoholem raczej), gołębie krążą (a skąd tu do cholery gołębie) a w powietrzu zemsta za nieszczęście, oddechy niezadowolenia, żalu i zgryzoty. Tak nie można. -Filip. -Mirell. -Filip, ty wciąż tutaj, jak rok temu, dwa, pięć... -Jak osiem lat temu, co…