Fantasy · 14 min czytania
MM: "Czerwona Krew i Zimna Stal" (7)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Fala zbrojnych jeźdźców stoczyła się z pagórka w stronę zamku. Jadący na przedzie obok Snake’a król Ferdinald wydawał komendy, które były błyskawiczne wykonywane przez żołnierzy. Kiedy mieszkańcy zamku dostrzegli niebezpieczeństwo, było już za późno. Masywna bram drgnęła co prawda i zaczęła się z wolna zamykać, ale pierwsi nieproszeni goście już byli przy niej. Snake i kilku pierwszych najeźdźców zajęło się w pierwszej kolejności wilkołakami próbującymi zamknąć bramę. W ten sposób cała drużyna znalazła się wkrótce na otoczonym wysokimi murami dziedzińcu. Z otaczających zamek budynków wybiegały zaspane potwory. Snake miał rację że o tej porze będą one odpoczywały po spędzonej na polowaniu nocy. Nakazał żołnierzom otoczenie budynków tak, aby stwory mogły się z niego wydostać tylko drzwiami, przy których czekały już na nich ostre miecze przeciwników. W ten sposób bestie nie mogły atakować grupowo, co znacznie zmniejszało ich szansę na wygraną w tej walce. Ferdinald objął dowodzenie nad tą akcją, tymczasem Snake wraz z sześcioma towarzyszami wkroczył do zamku. Sforsowanie drzwi nie stanowiło dla nich większego problemu i wkrótce znaleźli się wewnątrz. Na spotkanie wyszło im kilka stworów. Oczy ich błyszczały złowrogo a ostre zęby gotowe były w każdej chwili przegryźć ludzkie gardła. Zalśniły miecze i rozpętała się prawdziwa rzeź. Jeden z żołnierzy, straszliwie okaleczony, upadł wkrótce na ziemię brocząc krwią z rozerwanej pazurami twarzy. Kolejny oddał życie, gdy rozwścieczony wilkołak jednym ciosem rozerwał mu tętnicę szyjną. Wokół Snake’a zostało tylko trzech ludzi. Wilkołaki też ponosiły straty. Jeden z nich był już martwy po tym jak miecz Snake’a rozpłatał mu czaszkę, inne krwawiły z mniej lub bardziej głębokich ran. Snake ze zdziwieniem zauważył że na terenie zamku wilkołaki były odporne na działanie posrebrzanej stali. Taką moc dawał im zapewne czarodziejski kamień, którego energią codziennie wzmacniał swoje potwory czarnoksiężnik. Naprzeciw siebie stało teraz czterech ludzi i tyle samo potworów. Pierwsze zaatakowały wilkołaki. Jeden z nich, z rozwartą paszczą i płonącymi ślepiami rzucił się na Snake’a, lecz ten odsunął się i wykorzystując siłę bestii przeciw niej samej, pociągnął ją do przodu. Rozległ się łomot uderzającego o ścianę masywnego cielska. Snake jednym skokiem dopadł przeciwnika i przygwoździł go mieczem do podłogi. Wilkołak wyzionął ducha zmieniając się przy tym w krępego czarnobrodego człowieka w średnim wieku. Innym żołnierzom szło nieco gorzej, lecz trzymali się dzielnie i nie pozwalali potworom zanadto zbliżyć się do siebie. Snake uchylił się przed spadającą na jego głowę ciężką łapą i zaatakował potwora celnym kopniakiem w podbrzusze. Nieco oszołomiony wilkołak zachwiał się na nogach, ale szybko odzyskał sprawność. Rzucił się na Snake’a szczerząc ostre zęby, jednak dość szybko powstrzymało go tkwiące w nieosłoniętym boku ostrze miecza. Na miejsce pokonanych bestii nadbiegły dwie nowe. Jeden z wilkołaków, stwór o rudawej sierści i ostrych jak brzytwa kłach zatrzymał się przed Snake’m i zawahał przed atakiem. Nozdrza jego poruszyły się jakby coś węszył. Po chwili stwór z niewiadomych przyczyn zawrócił skąd przyszedł. Jego towarzysz nie miał żadnych wątpliwości. Rzucił się na nieprzyjaciela chcąc dosięgnąć ostrymi pazurami jego szyi, lecz Snake był sprytniejszy. Wbił koniec miecza w jedno z rozjarzonych czerwonych ślepi. Wilkołak zawył z bólu i próbował ugryźć Snake’a, jednak grad ciosów szybko powalił go na posadzkę. Z pomocą dowódcy przyszedł bowiem jeden z żołnierzy, który pokonał przed chwilą swojego przeciwnika. Jego kolega miał mniej szczęścia. Wilkołak z którym walczył mocnym uderzeniem w twarz powalił go na podłogę i ostrymi pazurami rozerwał zamroczonemu wojownikowi klatkę piersiową wydobywając z niej bijące jeszcze serce. W chwili gdy triumfalnie wznosił swą zdobycz do góry dosięgła go pomsta innego żołnierza, który pozbawił go głowy. Pokonawszy złowrogie stwory, Snake i dwóch ocalałych żołnierzy podążył zamkowym korytarzem naprzód.
Jeszcze przed atakiem żołnierzy na zamek, Justynie i Gladiusowi udało się znaleźć wyjście z tuneli. Stało się to znacznie szybciej niż planowali, ale dzięki temu wcześniej zdołaliby znaleźć niezwykły kamień i osłabić potęgę czarnoksiężnika. Gladius wprawdzie chciał jeszcze trochę poczekać, ale zniecierpliwiona Justyna przekonała go że im szybciej rozprawią się z wilkołakami tym lepiej. Po kilku chwilach zmagań otworzyli więc zardzewiałe drzwi, które skrzypiąc niemiłosiernie ukazały im wejście do zamkowych piwnic. Przez małe otwory pod sufitem sączyło się niewiele światła. Przeciskając się pomiędzy skrzyniami i beczkami pokrytymi grubą warstwą kurzu, przedarli się do wąskiego korytarza. Kończył się on schodami, z których jedne prowadziły w górę, a drugie w dół.
- To pewnie wejście do lochów... – Gladius wskazał okute żelazem ciężkie drzwi na dole schodów. - Chyba tak. Ale tam czarnoksiężnik na pewno nie trzyma swoich skarbów. Chodźmy w górę!
Gdy weszli po schodach drogę zagrodziły im kolejne drzwi. Jak można było się domyśleć, były one zamknięte. Jednak nie dało się na nich dostrzec żadnego zamka lub kłódki. Pomiędzy dwoma skrzydłami półkolistych wrót czerniała wąska szpara. Jeden z żołnierzy podszedł do tajemniczych drzwi i spróbował otworzyć je w bardziej niekonwencjonalny sposób, wtykając swój miecz w szczelinę. Stojący za nim Gladius, Justyna i inny żołnierz przyglądali się temu w skupieniu. Po chwili dał się słyszeć jakby szczęk odmykanego zamka. Żołnierz przy drzwiach odwrócił się z uśmiechem do swych towarzyszy i wtedy właśnie wrota rozwarły się z hukiem uderzając obiema swymi połówkami o ściany. Po żołnierzu pozostała tylko plama krwi wyciekająca spod jednej połowy otwartej bramy. Justyna i Gladius byli w szoku. Drugi z żołnierzy ostrożnie zbliżył się do wejścia.
- Pułapka na złodzieja – wyjaśnił patrząc na masywne wrota – Nie miał żadnych szans...
Justyna i Gladius spojrzeli raz jeszcze na przygniecionego drzwiami towarzysza. Wrota otwierały się za pomocą jakiegoś mechanizmu, który był dobrze ukryty przed nieproszonymi gośćmi. Ten kto nie potrafił go obsługiwać – kończył jak nieszczęsny żołnierz. Nie było jednak czasu na żale i opłakiwanie zmarłego. Trójka włamywaczy podążyła nowo otwartym przejściem do kolejnej sali. Była to zbrojownia. Pod ścianami stały wypolerowane rycerskie zbroje, na specjalnych uchwytach wisiały miecze i tarcze. Były tu również włócznie, halabardy i topory, a także ciężkie podwójnie wygięte łuki z kompletami strzał. Z sali tej wychodziły już nowoczesne, wyłożone granitową posadzką szerokie schody. Po chwili wydostali się z piwnic i znaleźli się na parterze. Tutaj zamek przypominał nieco mieszczańskie domy w Zjednoczonym…