Fantasy · 10 min czytania
MM: Czerwona krew i zimna stal (odc.1)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Płatki śniegu wirowały w powietrzu opadając cicho na ziemię i tak pokrytą już grubą warstwą białego puchu. Nie było w tym nic dziwnego, gdyż zima trwała już od kilku miesięcy. Przyroda zapadła w długi sen i nic nie wskazywało na to, żeby miała się wkrótce z niego obudzić. Ten senny nastrój podkreślał padający leniwie i nieprzerwanie śnieg. Dla nielicznych o tej porze roku wędrowców taka pogoda odpowiadała jednak znacznie bardziej niż zamiecie śnieżne, które jeszcze kilka tygodni temu uniemożliwiały jakąkolwiek podróż. Jeden z takich wędrowców wynurzył się właśnie z pogrążonego w zimowym spokoju lasu i zostawiając głębokie ślady podążał na skróty do stojącej samotnie gospody. Brnąc po kolana w śniegu okrył się szczelniej swoim brązowym kożuchem i mocniej naciągnął na głowę kaptur. Odległa o kilkaset kroków gospoda również sprawiała wrażenie nieco zaspanej. W oknach migotały co prawda światła z palących się wewnątrz świec, jednak okna te były pokryte misternymi wzorami wyrzeźbionymi przez mróz, a dach pokrywała gruba warstwa śniegu. Jedynie z komina unosiła się wąska strużka dymu, a ze znajdującej się w sąsiednim budynku stajni dochodziło ciche rżenie koni. Poza tym w okolicy nie było żadnych budynków. Gospoda była ostatnim z przygranicznych zajazdów tej krainy, bowiem za kilkoma wzgórzami pokrytymi lasem kończyło się już Zjednoczone Królestwo utworzone przez dwa skłócone niegdyś ze sobą kraje: Mexico i Green Hills. Samotny wędrowiec wszedł do gospody, obstukując wpierw ze śniegu swe długie, wyścielane futrem buty i skinieniem głowy przywitał się z właścicielem, który wycierał właśnie naczynia. Kiedy zdjął swoją zimową odzież, okazał się być młodą, ciemnowłosą dziewczyną o wesołych, niemal czarnych oczach. Nieznajoma miała na sobie czarny, tkany sweter, który doskonale podkreślał jej zgrabną figurę, i spodnie w tym samym kolorze. Rozpuściła włosy pozwalając im wyschnąć, po czym zamówiła przy barze piwo i rozejrzała się po wnętrzu gospody. Ostatni z zajazdów urządzony był bardzo gustownie, oprócz bufetu i kominka znajdowało się tam kilkanaście ustawionych obok siebie beczek z piwem, ściany i meble wykonano z ciemnobrązowego, lśniącego drewna, a ławy ustawione przy stolikach okryte były owczą wełną. Całości dopełniały stojące na każdym stoliku błyszczące świeczniki i trofea myśliwskie zawieszone na ścianach. Było tam zaledwie kilka osób: dwóch kupców grających w karty, samotnie siedzący żołnierz w rogu sali, popijający wino i patrzący na trzaskający w kominku ogień, i jeszcze jeden mężczyzna. Miał on około 25 lat, ale nieuczesane włosy i kilkudniowy zarost sprawiały wrażenie że wyglądał na o wiele więcej. Również jego odzież nie pasowała zbytnio do wystroju tej sali, bowiem miał na sobie rozciągnięty ciemnozielony sweter i połatane miejscami spodnie. Na obrzeżu ławki którą zajmował wisiał pognieciony i dawno nie prany ciemny płaszcz. Mężczyzna siedział zapatrzony w stojący przed nim talerz i od niechcenia zjadał posiłek. W jego twarzy dziewczyna zobaczyła coś znajomego, miała wrażenie że gdzieś już spotkała tego człowieka. Nagle rozjaśniło jej się w głowie, ale jej zdumienie szybko przeszło w niedowierzanie. Człowiek, którego znała zawsze był wesoły i pełny energii, ten natomiast sprawiał wrażenie obojętnego na wszystko co dzieje się wokół i pogrążonego we własnym, odległym świecie. Nieśmiało zbliżyła się do niego.
- Snake? – zapytała. Mężczyzna nie reagował. Powtórzyła więc nieco głośniej. Siedzący przy stole wreszcie obudził się z letargu i podniósł na nią oczy. - Amina... – odpowiedział cicho – To naprawdę ty? - No pewnie że ja... A co z tobą, ledwo cię poznałam? Snake nic na to nie odpowiedział, ponownie spuścił wzrok i zajął się jedzeniem. - Mogę się przysiąść? No, chyba mi nie odmówisz?! - Siadaj – Snake wskazał jej miejsce naprzeciwko siebie. Przez chwilę patrzył na jej ładną twarz oświetloną blaskiem płonącej na stoliku świecy. Uśmiechała się do niego, a w jej oczach płonęły te same ogniki co zawsze. Już taka była – spontaniczna, prostolinijna i radosna. Nie zdziwił się więc jej kolejnym pytaniem. - Snake, co się stało? Widzę że nie jesteś sobą... Opowiesz mi? - No... dobrze... – odstawił talerz na bok, przysunął się do stolika i zaczął swoją opowieść. Amina zaś podparła sobie brodę ręką i skupiła całą swoją uwagę na jego historii.
Grube krople deszczu opadały ciężko na ziemię zmieniając piaszczystą drogę w lepką maź w której grzęzły buty trójki poruszających się po tym błotnistym szlaku wędrowców. Prowadzili oni ze sobą obarczonego ładunkami konia. Podróżnicy ubrani byli w ciemne płaszcze, stosowne do panującej już od dłuższego czasu deszczowej pogody. Była już późna jesień i niebo pokryte grubą warstwą szarych chmur stało się…