Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 11 min czytania

MM: Miecz Przeznaczenia (odc. 1)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Veronica otworzyła oczy i usiadła na łóżku. Przez chwilę siedziała tak by się uspokoić i pozbierać swe myśli. Znów miała ten sam sen. Nie musiała czekać do rana by dowiedzieć się co się wydarzyło. Jej sny zwykle się sprawdzały a ten tak jak i trzy poprzednie przedstawiał tonący statek, nocne niebo pokryte nienaturalną, zieloną poŚwiatą i zwiastował śmierć. Dziewczyna odgarnęła z czoła swe długie jasne włosy i podeszła do jednej ze ścian swojego pokoju, której środkowa część zasłonięta była czerwonym materiałem. Odsunęła na bok zasłonę i spojrzała w znajdujące się za nią duże lustro o złotych ramach. Przesunęła ręką wzdłuż jego tafli i oczom jej ukazał się wzburzony ocean, fale rozbijające się o skaliste wybrzeże i ciemne zarysy gór w głębi lądu. Był to Ashabdah. Veronica rozpoznała to miejsce bez trudu. Pomimo swego młodego wieku miała za sobą już wiele podróży do różnych odległych krain, o których istnieniu niektórzy nie mieli nawet pojęcia. Ale to było dawno, kiedy żył jeszcze jej ojciec a ona była małą bezradną dziewczynką. Teraz wiele spraw wyglądało zupełnie inaczej... Widok jaki ujrzała w lustrze przywołał do niej te wszystkie wspomnienia, ale musiała przecież skoncentrować się na tym co robi. Wiedziała już że zagrożenie przychodzi stamtąd. Czas by odnaleźć jego źródło i jakiś sposób by z nim walczyć. Poznanie prawdy wymagało jednak nieco innych zaklęć niż to z lustrem. W porównaniu z nimi to było zaledwie dziecinną zabawą. Piękna czarodziejka sięgnęła już ręką w kierunku zasłony, kiedy nagle obraz w lustrze się zmienił. Zdziwiona cofnęła się i na gładkiej powierzchni zobaczyła dwójkę młodych ludzi zbliżających się do portu. Z wyglądu byli od niej starsi o ledwie dwa – trzy lata. Dziewczyna była bardzo zgrabna i miała włosy tego samego koloru co Veronica, jej towarzysz natomiast był dobrze zbudowanym brunetem o przyjaznym spojrzeniu. Po chwili obraz się rozpłynął a powierzchnia lustra znów odbijała jedynie ładną twarz młodej czarodziejki. Dziewczyna czym prędzej odeszła od lustra i zaczęła przygotowywać składniki potrzebne jej do odprawienia czarów, które miały na celu rozwiać mroczną tajemnicę okrywającą katastrofy statków na wschodnim wybrzeżu. I cos jej mówiło, że już niedługo rozwiąże tą zagadkę.

Czerwone dachy budynków błyszczały w świetle porannego słońca. Po czystych brukowanych ulicach przechadzali się nieliczni mieszkańcy lub kupcy którzy spieszyli do swoich sklepików by już od rana napełniać swoje kieszenie złotymi monetami. Od czasu do czasu pomiędzy murowanymi kamienicami przemknął jakiś pijaczek wracający z nocnej zabawy w którejś z licznych portowych knajpek. Na rosnących rzędem przy drodze drzewach zaczęły odzywać się pierwsze ptaki. Miasto powoli budziło się ze snu. Z panującego tu wokół bogactwa można by wnioskować że jest to stolica kraju, ale Plinth było tylko jednym z wielu miast Doylidii. Kraj ten czerpał duże korzyści ze swego położenia na trasie wielu szlaków handlowych i tego, że miał dostęp do morza. I właśnie tą nadmorską częścią miasta, bezpośrednio przyległą do portu, szło dwoje ludzi: młody dwudziestokilkuletni mężczyzna i nieco młodsza od niego dziewczyna. Przybysz ubrany był jak typowy awanturnik, miał czarną bluzkę i spodnie, wygodne, traperskie buty tego samego koloru i szeroki pas z przypiętym, wyszczerbionym już w kilku miejscach mieczem. Jego ręce naznaczone były kilkoma starymi bliznami, świadczącymi że już od dawna miał do czynienia z wojennym rzemiosłem. Miał jednak taki wyraz twarzy, z którego można by odczytać, że wyrządzenie krzywdy komuś niewinnemu było rzeczą o jakiej nigdy by nie pomyślał. Dziewczyna natomiast miała na sobie niebieskie nieco obcisłe spodnie i podobną cienką bluzeczkę bez rękawów. Ubranie to doskonale podkreślało jej zgrabną figurę i kontrastowało z jasnymi, opadającymi na plecy włosami. Oboje wyglądali już na trochę zmęczonych podróżą i poszukiwali właśnie miejsca, gdzie mogliby się na trochę zatrzymać i odpocząć.

- Myślisz że znajdziemy w tym mieście jakieś zajęcie ? – zwróciła się do swego towarzysza dziewczyna. - Na pewno – odpowiedział z uśmiechem patrząc na nią – Powiedz mi, Justine czy ty nie masz przypadkiem już dość takiego życia? Tej ciągłej podróży z miasta do miasta, z kraju do kraju, nie wiedząc co będzie jutro? Może chciałabyś mieć gdzieś osiąść na stałe, mieć dom... - I zmienić się w jakąś tłustą kurę domową, która pół życia spędza w kuchni? Nie dzięki... – roześmiała się w głos a jej śmiech brzmiał jak dźwięk dzwoneczków używanych przez kapłanów w świątyniach podczas ważnych uroczystości. Snake tak bardzo lubił słuchać jak się śmiała, potrafiła tym odgonić od niego najczarniejsze złe myśli. - Zresztą po miesiącu ty też miałbyś tego dosyć – dokończyła swą wypowiedź – Poszukajmy lepiej jakiegoś baru, jestem trochę głodna, a wiem że ty też...

Justyna miała rację. Snake nie mógłby żyć bez przygód. To one sprawiały, że życie miało sens a każdy następny dzień różnił się czymś od poprzedniego. Przez ostatnie pięć lat zwiedzili razem mnóstwo różnych krain, za każdym razem niosąc pomoc tym, którzy jej potrzebowali. Co mogłoby więc być lepszego? Nie znali i nie chcieli znać innego życia niż to, które prowadzili.

Wnętrze jednej z portowych jadłodajni w której się znaleźli było typowe dla tego typu lokali. Drewniane meble, wystrój przypominający trochę pokład…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
MM: Miecz Przeznaczenia (odc. 1) — czytnik · opowiadania