Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 14 min czytania

MM: Skłócone Królestwa (odc. 10-ost.)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Na zewnątrz zapanowało zamieszanie. Widać już było że ku miastu zbliża się wrogie wojsko. Ponadto wszyscy byli wykończeni poprzednią, ledwie zakończoną walką. Było też mnóstwo rannych. Niektórzy uważali ostatnie wypadki za przekleństwo bogów i nie robili nic, gdyż wiedzieli, że nie ma sensu walczyć z przeznaczeniem. Gladius, Rocco i Hallmark uwijali się wśród tłumu formując oddziały z nadających się jeszcze do walki mężczyzn. Mauzer z Ferdinaldem rozdawali broń, Snake natomiast obserwował wszystko z tarasu, na którym niedawno zmierzył się z Crato. Obok niego stała Justyna i patrzyła smutno na przygotowania do od dawna oczekiwanej wojny.

- Snake... – powiedziała cicho – Ja... nie mogę życzyć wam powodzenia w tej walce... Mimo wszystko, to są moi krewni... - Rozumiem – powiedział Snake – przytulając ją do siebie – Nikt z nas nie chce tej wojny. - Nie rozumiem tego świata – odezwała się do niego – Dlaczego nasi bliscy skaczą sobie do gardeł?

Z wieży zamkowej zabrzmiał donośny dźwięk rogu wzywającego do rozpoczęcia walki. Trzeba było wyjść z miasta i zmierzyć się z wrogiem w otwartym polu, by nie zamienić stolicy królestwa w kompletną ruinę.

- Muszę jechać – powiedział Snake. Nie mógł już dodać nic więcej. Wszystko było tak oczywiste, że słowa były tu zbędne. - Uważaj na siebie – Justyna patrzyła na niego. Wiedziała, że może to być już ostatnie ich spotkanie. Wkrótce zbrojni żołnierze na koniach opuścili granicę miasta wyznaczoną przez ruiny murów. Za nimi podążyli Jeźdźcy z Vanaheimu pod wodzą Ferdinalda. Justyna została sama na wielkim tarasie po zachodniej stronie zamku, wewnątrz którego schroniły się kobiety i dzieci z miasta, oraz ranni żołnierze niezdolni do walki. Niebo nad polem bitwy i zamkiem płonęło ognistą czerwienią.

Dwie przeciwne strony starły się ze sobą w pojedynku, który dla wielu był już ostatnim. Dźwięk zderzającej się stali, krzyki umierających i rżenie przerażonych rozlewem krwi koni niosły się na znaczną odległość. Gladius i Hallmark trzymali się dzielnie mimo kilku krwawiących ran. Ferdinald wymachiwał zawzięcie swoim ciężkim mieczem we wszystkie strony. Co chwila pod jego uderzeniem spadała głowa jakiegoś wroga, lub kolejny przeciwnik z rozciętym brzuchem spadał ze swego konia by ostatecznie zostać zadeptanym zarówno przez swoich towarzyszy jak i wrogów. Rocco, trochę na uboczu toczył zacięty pojedynek z Don Falco, który swoimi umiejętnościami dorównywał mu w walce. Miecze ich często zderzały się ze sobą, kolejne ciosy były odparowywane a każde uderzenie trafiało na precyzyjnie wykonany unik. Wreszcie jednak szczęście przestało sprzyjać Rocco. Czy to zmęczenie, czy chwila nieuwagi sprawiły, że nie zdążył osłonić się przed spadającym z góry ostrzem, które dosłownie rozłupało mu głowę na pół. Trup Rocco osunął się na ziemię. Widząc to, Ferdinald w porywie wściekłości przebił się przez ogarnięty walką tłum i wzniósł swój potężny, żelazny miecz w celu pomszczenia przyjaciela. Głowa Don Falco, zwanego dotychczas Niezwyciężonym, potoczyła się po ziemi brudząc trawę wyciekającą krwią. Jeźdźcy sprowadzeni przez Snake’a i Ferdinalda również czynili spustoszenie wśród wrogów. Nie dało się ukryć ich doskonałego opanowania wojennego rzemiosła, tak więc ciągle pod gradem ich ciosów padali kolejni przeciwnicy. Pomimo tego wróg wciąż jeszcze miał przewagę.

Justyna wyszła z zamku i zdecydowanym krokiem podążyła w stronę stajni. Na szczęście znalazła tam jeszcze jednego wolnego konia. Szybko go osiodłała i dosiadła. Wiedziała, że jeśli Snake zginie, nie było już nic, co by ją trzymało na tej ziemi. Z nadzieją, że obroni ukochanego, nawet – jeśli będzie trzeba – za cenę swojego życia, wzięła leżący na ziemi, nieco już wyszczerbiony miecz na którym znać było jeszcze ślady świeżej krwi, wytarła go o trawę, po czym popędziła konia i ruszyła w stronę wciąż walczących, wrogich sobie wojsk.

Snake walczył dzielnie, otoczony chmarą nieprzyjaciół. Rozdawał ciosy na prawo i lewo, sam również bronił się przed uderzeniami. Miał już kilka powierzchownych ran, mimo tego bohatersko stawiał opór przeciwnikom. Z pomocą przybiegł mu Gladius i Ferdinald, razem oczyścili teren z nieprzyjaciół, ale wrogów było wciąż za dużo. Ferdinald w pośpichu poinformował Snake’a o śmierci Rocco, powiedział też, że nie należy tracić nadziei na wygraną. Sam jeden ruszył na dwóch zbliżającym się ku nim meksykańców. Po chwili obaj skręcali się w agonii. Gladius zajął się rosłym osiłkiem, który właśnie się do niego zbliżał. Przed Snake’m jak spod ziemi wyrósł nagle Victor. Snake stanął w pełnej gotowości do walki, jednak Victor wprawnym ruchem wytrącił mu miecz z ręki. Sam natomiast wzniósł w górę swój, ozdobiony złotą rękojeścią i wyposażony w długie ostrze miecz. Natychmiast jednak wypuścił go z rąk i upadł na plecy, rozciągając się na trawie. Powodem tego była tkwiąca w jego brzuchu strzała, zapewne zatruta. Snake odwrócił się w kierunku, z którego przyleciała. Na niewielkim wzniesieniu, trochę powyżej tłumu zabijaków z obu armii, stał Jumba. Jego białe zęby wyszczerzone w przyjaznym uśmiechu kontrastowały z ciemnobrązową barwą jego skóry. Za nim stało kilkunastu zbrojnych w łuki młodych mężczyzn ubranych zaledwie w znoszone już spodnie w barwie zgniłej zieleni. Na szyjach mieli ozdoby wykonane z kości i zębów dzikich zwierząt.

- Jumba! – krzyknął Snake. - Hej, Snake! – odpowiedział mu czarnoskóry i dał znak swoim wojownikom.

Ze wzgórza posypał się deszcz strzał trafiających celnie we wrogów Snake’a. Gdy skończyły im się strzały, wojownicy na komendę swojego przywódcy spadli ze wzgórza i wmieszali się w walczący tłum. Chociaż początkowo nie mieli broni, szybko uzbroili się w miecze odebrane przeciwnikom lub leżącym na ziemi trupom. Ich niezwykła zręczność i szybkość dzikich zwierząt szybko odbiła się na stanie armii Mexico. Drapieżna furia z jaką atakowali wprowadzała niepokój pomiędzy wrogów, wśród których szybko zapanowała panika. Zaczęli się z wolna cofać, brakowało im przywódcy, który mógłby nimi pokierować. Snake stał przez chwilę i patrzył na rozgrywające się wypadki. Nagle, spomiędzy jego nacierających na wroga żołnierzy wybiegła Justyna. Dotarła do Snake’a i wczepiła się w jego ramiona.

- Snake, kochany... – wyszeptała. - Justynka! – Snake początkowo się ucieszył, ale za chwilę zorientował się w sytuacji i powiedział do dziewczyny – Dlaczego tu przyszłaś? Tu nie jest bezpiecznie, mogłaś zginąć... - Nie mogłam cię zostawić w takiej chwili... - Szybko! – Snake zauważył, że jego żołnierze wzięli już górę nad wrogami – Trzeba to powstrzymać!

Pobiegł na wzniesienie na którym przed chwilą ujrzał Jumbę, wciąż trzymając za rękę Justynę i prowadząc ją ze sobą.

- Dosyć tego! Przestańcie!…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%