Fantasy · 14 min czytania
MM: Skłócone Królestwa (odc. 5)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Pewnej nocy Snake’a wyrwały ze snu hałasy na korytarzu. Ubrał się więc i wyjrzał ze swego pokoju. Po całym zamku biegali uzbrojeni żołnierze, każdy się dokądś śpieszył chociaż na zewnątrz było jeszcze ciemno. Nagle zauważył przechodzącego korytarzem Hallmarka.
- Hej, poczekaj! – zawołał – Powiedz mi, co się tu dzieje! - Nic nie wiesz? – Hallmark był jeszcze bardziej zdziwiony niż on – Ci dranie z Sun- Stocku znów najechali nasze ziemie. Mówią, że jest ich ponad tysiąc. Idą w kierunku stolicy. Nasze wojsko nie wystarczy, więc król zarządził powszechną mobilizację. Każdy kto może ustać na nogach i ma chociaż jedną sprawną rękę musi stawić się w zbrojowni. Ruszaj się, Snake! - Dzięki... – wymamrotał Snake, po czym zatrzasnął za sobą drzwi i ruszył do zachodniej części zamku. Przypomniał sobie, że wreszcie staje się to, na co tak długo czekał: bandyci, którzy wymordowali mu rodzinę wreszcie byli w zasięgu jego ręki. Chęć zemsty mobilizowała go do działania. Zszedł po schodach i znalazł się na obszernym holu przed zbrojownią. Było na nim pełno wojska i prostych chłopów, którzy przybyli tu by razem z armią stawić czoło najeźdźcom. Po drodze spotkał swoich przyjaciół. Uzbrojeni w miecze lub topory, w skórzanym ubraniu i ciężkich wojskowych butach śmiali się i żartowali. Być może był to taki sposób na odreagowanie stresu, a może po prostu nie mogli się już doczekać walki. Snake przywitał się z nimi i wszedł do słabo oświetlonej sali pełnej różnego rodzaju narzędzi do zabijania. Spotkał tam kapitana Rudolpha, który zajmował się wydawaniem broni.
- I co chłopcze? Doczekałeś się! – powiedział kapitan wręczając mu ostry miecz z ozdobną rękojeścią – Nie rozstawaj się z nim! On może uratować ci życie!
Snake z wyraźnym zadowoleniem wziął miecz do ręki. Kapitan podał mu szeroki pas do którego można było przypiąć miecz i mundur, na który składała się skórzana kurtka i mocne, wysoko sznurowane buty. Snake podziękował i skierował się do wyjścia, po czym dołączył do swych kolegów. Kilka chwil później wszyscy razem poszli do sali jadalnej, gdzie kucharze uwijali się przy stołach przygotowując jedzenie przed wyprawą. Zaczynało już świtać. Lud zgromadzony na placu oklaskami przywitał siwego już króla Antoniusa, który pojawił się na balkonie swojej komnaty.
Część 22 / 2
- Drodzy mieszkańcy, żołnierze i wy wszyscy którzy dzisiaj tak licznie zgromadziliście się by bronić granic naszego królestwa! Oto nadszedł dzień, gdy musimy stanąć twarzą w twarz z nieprzyjacielem. Musimy wypędzić go z naszej ziemi abyśmy nadal mogli tu spokojnie żyć. Dzisiaj ruszamy do walki. Wierzę, że Wielki Władca, którego duch strzeże naszego miasta poprowadzi nas do zwycięstwa! Nie zostanę w zamku! Razem z wami pojadę by walczyć o dobro i sprawiedliwość! Rodacy, do broni!
I jakby na potwierdzenie słów króla na plac wjechały dwie drewniane katapulty wielkości kilku dorosłych mężczyzn, ciągnięte przez cztery konie. Na dziedzińcu ustawiło się kilka setek żołnierzy na koniach, którzy na dźwięk rogu skierowali się ku bramie miasta. Za nimi podążyło regularne piesze wojsko i rezerwa a na samym końcu ochotniczy wieśniacy z kosami, widłami i siekierami w rękach. Szli w palącym słońcu, wciąż na północ. Wreszcie w oddali zobaczyli armię wroga. Wrodzy wojownicy również zatrzymali się na ich widok. Król Antonius, w wojskowym ubraniu podobnym do ubioru swych ludzi, jednak dużo bogatszym, bo obwieszonym medalami i złotymi łańcuchami, na swoim czarnym koniu stał pośrodku pierwszej linii swojej armii. Po jego obu stronach znajdowali się generałowie dywizji: roześmiany od ucha do ucha Ferdinald, spokojny, wpatrzony w dal Rudolph, Crato z dzikim błyskiem w oku oraz długowłosy osobnik, którego Snake nie znał. Mówiono na niego Mauzer. Chwila postoju nie trwała długo. Przeciwnicy z wrzaskiem z tysiąca gardeł ruszyli z impetem na armię z zamku Green Hills. Ci natomiast zachowali spokój. Wreszcie, gdy nadeszła dogodna chwila i wrogowie znaleźli się u podnóża pagórka, król Antonius uniósł rękę i czterech dowódców wraz ze swoimi oddziałami ruszyło w dół jak lawina. Stukot końskich kopyt brzmiał jak grom, jednak jeźdźców nie było więcej niż dwustu. Wkrótce zmieszali się z wojskami wroga niszcząc ich pierwsze linie potężnym uderzeniem. Końskie kopyta bezlitośnie tratowały wrogich wojowników, których większość była pieszo, jednak ich zajadłość wkrótce wzięła górę. Z dzikim zapałem strącali żołnierzy z koni i odrąbywali im głowy toporami lub wbijali swe włócznie w boki zwierząt. Król Antonius zadecydował o wysłaniu do walki piechoty. Żołnierze ochotniczo zbiegli w dół do ogarniętego walką tłumu, wraz z nimi poszli chłopi ze swymi kosami i siekierami. Kiedy cała jego armia znalazła się na polu bitwy, król spiął swego konia ostrogami i samotnie rzucił się w sam środek walczącego tłumu.
Snake znalazł się w wirze walki wraz z pieszą dywizją w której byli także Marco, Gladius i Rocco. Wszyscy czterej wymachiwali swymi mieczami tak dobrze, jakby się urodzili z nimi w ręku. Siali spustoszenie wśród swoich wrogów, z których niejeden z pewnością wolałby spotkać samego diabła, niż po mistrzowsku władającego mieczem Marco czy Gladiusa. Snake dodatkowo pobudzony do działania tym, że walczy właśnie z mordercami swoich bliskich stał się jakby innym człowiekiem. Bez litości wbijał miecz w piersi swych wrogów i z rozmachem roztrzaskiwał ich czaszki. Krew pryskała wkoło jak z fontanny, ale Snake i jego koledzy jakby nie czuli licznych powierzchownych ran, które zadali im wrogowie. W czasie bitwy Gladius był nawet bliski śmierci, ale ostrzeżony przez Rocco odwrócił się i w porę dojrzał atakującego go olbrzymiego brodacza, który wyglądał, jakby dopiero co wyszedł z samego środka piekła. Miał otwartą gębę, z której wydobywał się przeraźliwy wrzask i uniesioną nad głowę rękę z toporem. Gladius nie czekając dłużej wbił swój miecz wprost w rozdziawioną paszczę przeciwnika i tak zakończył jego marny żywot. Przewaga armii Antoniusa była coraz bardziej widoczna. Przerzedzone oddziały wroga zaczęły się z wolna wycofywać. Niektórzy wrodzy wojownicy uciekli, a żołnierze z zamku ruszyli za nimi w pogoń, by ich zniszczyć raz na zawsze. Niedobitki brodatych wojowników z Sun-Stock walczyły jeszcze resztkami sił, ale ich klęska była już oczywista. W końcu z około tysiąca ludzi pozostało ich ledwie kilkudziesięciu. Żołnierze i pomagający im chłopi z okolicznych wsi chcieli ich wybić co do ostatniego, chociaż sami stracili wielu ludzi. Król Antonius siedział na swym koniu i właśnie miał zamiar opuścić pole bitwy. Wygrana była już pewna. Sam król…