Psychologia · 4 min czytania
Moja choroba
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kolejny raz gaszę światło o drugiej. Kiedy błądzę wzrokiem po drewnianym stoliku stojącym między zegarem, a brudnym oknem, w mojej głowie przemyka nuta nadziei. Już w następnej chwili mam ochotę połamać małą ramkę ze zdjęciem. Ponury pokój i słaby człowiek w blasku latarni, sięgający po niewinny przedmiot. Życie na huśtawce emocjonalnych przeciwności pokazuje jedynie pozorność mocy i pewności, którą nieraz zwykliśmy długo wypracowywać. Bo oto my wielcy, silni, zdobywcy szczytów, jesteśmy jedynie małymi robaczkami pod ciężkim butem problemów naszego umysłu.
I co teraz? Rzucę nią, szkło roztrzaska się na milion kawałków, a ja pokaleczę sobie stopy. Zdesperowany? Nie do końca - odstawiam spokojnie ramkę. Dzwonek do drzwi nie daje mi się położyć. Otwieram i wcale nie zdziwiony witam ją z lekka sztucznym uśmiechem. Widać, że jest po kilku drinkach, trochę niezdarnie odstawia buty i wchodzi bez słowa do sypialni. To właśnie ten moment niejednokrotnie próbował przeważyć szalę mojej wagi z napisem „honor”. Niestety, z drugiej strony za każdym razem mocno ku ziemi przyciska betonowy odważnik „pożądanie” często wzmagany znacznym ciężarem słów: „pragnę tylko ciebie”. Doskonale wiem, że powinienem powiedzieć „nie”. Ćwiczyłem to miliony razy sam przed sobą, ale wcale nie czuję się silny w momencie kiedy ona patrząc mi prosto w oczy charakterystycznym gestem odrzuca włosy do tyłu. Znam siebie doskonale i wiem, że za chwilę bitwa moralności z namiętnością zakończy się sromotną porażką tej pierwszej. Wiem, że jeszcze przed chwilą pełen determinacji człowiek, gotów podnieść głos, zamieni się w potulną ofiarę z bezlitośnie obciętym językiem. Otwarcie mówię sobie, jestem frajerem bez krzty honoru i dumy. Pragnę tylko ciebie? to brzmi co najmniej śmiesznie z ust kobiety, która sypia z moimi kolegami. Cóż robię…