Kryminał · 8 min czytania
Moja femme fatale
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Leżała na chłodnym bruku, tulona przez ciemność i śnieg wokoło, niczym przez bezwzględnego, cynicznego kochanka. Jej twarz była równie obojętna i spokojna, jak zawsze. W półmroku niesamowicie blada skóra zdawała się srebrna, a ostry, czerwony kolor szminki na ustach niemalże rozświetlał ciemność. Mężczyzna usiadł obok niej na zimnym bruku, nie przejmując się tym, że jego idealnie czarny i idealnie skrojony skórzany płaszcz nasiąknie wodą. Delikatnie ujął jej białą, lodowatą dłoń i pozbył się wszelkich wątpliwości - noc była zimna, nie na tyle zimna jednak, aby aż tak ochłodzić ciało dziewczyny. Była martwa. Wpatrywał się w nią chwilę w milczeniu, a potem pocałował delikatnie jej chłodne usta, nie zważając na dopalającego się papierosa, który wciąż w nich tkwił. Tlący się ogień przypiekł jego usta i język, jednak ten nawet nie jęknął. Potrzebował bólu. Pragnął teraz bólu niemal tak mocno, jak kiedyś tej dziewczyny. Papieros dopalał się nieśpiesznie i leniwie, jakby miał dużo czasu. Oczy mężczyzny zaszły mgłą od zbyt długiego wpatrywania się w niego, a przed oczami pojawiły się wspomnienia.
Ich pierwsze skrzyżowanie spojrzeń. Pamiętał ten grudniowy dzień, zdaje się, że Wigilię. Najpaskudniejszą, a jednocześnie najcudowniejszą wigilię w jego życiu. Parę dni wcześniej rzuciła go kobieta. Jedna z tych kobiet ciepłych, miłych, wrażliwych, gadatliwych i straszliwie nudnych, o których faceci nigdy nie marzą. A jednak najczęściej żenią się właśnie z takimi. Powód rozstania był błahy. Ona chciała dziecka, ale on bał się, że może odziedziczyć charakter po ojcu albo, co gorsza, po matce. Powiedział jej to wprost. Efekt był łatwy do przewidzenia - rozstali się po wylaniu przez nią morza łez i paru jego ironicznych uśmiechów. Dlatego też w Wigilię poszedł ze swym kumplem, nienawracalnym kawalerem, do zadymionego pubu, którego jedyną zaletą było to, że można się tam było upić do nieprzytomności bez ściągania na siebie oburzonych spojrzeń innych. - Kobiety... Zło konieczne... Dziesięć diabłów uwięzionych w jednym ciele... Prawie jak legion - bełkotał jego kolega po którejś tam ćwiartce. - W pięknym ciele - usmiechnął się mężczyzna, z przerażeniem zauważając, że jego głos też przypomina już pijacki bełkot. - Tylko niebezpieczna kobieta... Okrutna... Może być piękna - zauważył tamten. - Mój drogi, to nie jest francuski melodramat. Dziś już nie ma femme fatale - roześmiał się mężczyzna, śmiechem również całkiem pijackim. - Chcesz się założyć? - wybełkotał tamten, wpatrując się w zadymione wejście do pubu i chwilę później spadając z hukiem ze stołka przy barze. Mężczyzna spojrzał w tamtą stronę i sam również musiał dołożyć wszelkich starań, aby nie pójść w ślady kumpla. Poprzez gęsty dym z papierosów i mrok panujący w barze dostrzegł cudowną, smukłą istotę o tak białej cerze, że wydawała się ona prawie bezcielesna. Jej idealne ciało opinała ciasno krótka czerwona sukienka, harmonizująca z czerwoną szminką na ustach. W czarnych włosach kobiety lśniły jeszcze płatki śniegu, natomiast w jej wielkich ciemnych oczach - bezbrzeżny smutek. Mężczyzna, choć zachwycony jej surrealistycznym i nierzeczywistym pięknem nie mógł się powtrzymać od ironicznej myśli: "Czerwono - białe kolory są bardzo na miejscu w święta... Tyle, że raczej u świętego Mikołaja"
Ich pierwszy pocałunek. Chwilę potem. Kobieta po prostu podeszła do baru nie odrywając od niego oczu, po czym zachłannie przywarła do niego ustami. Całując się z nią nie myślał ani o kumplu, który pewnie wciąż leżał pod stołkiem, ani o tym, kim jest nieznajoma, ani nawet o hipnotycznej czerwieni jej ust. Myślał tylko o jej niesamowicie nieszczęśliwym spojrzeniu. - Myślisz, że jesteśmy sobie przeznaczeni? - szepnęła kobieta, wcale nie namiętnie, tylko tak zimno,