Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 7 min czytania

Morza szum, ptaków śpiew...

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Morza szum, ptaków śpiew, pustka. Idę brzegiem, chłodna woda zalewa moje stopy, czuję żrącą sól. Szczerze? Nie lubię morza. Kojarzy mi się z niepewnością, rodzącą się wokół, gdy w samotności przychodzimy tutaj, na plażę - pustynię samotnych. Idę sam. Daleko na horyzoncie dogasa słońce, rzucając mi na twarz resztki swoich płomieni. Umiera i stara mi się to powiedzieć. "Idziesz sam, jak śmiesz patrzeć na me promienie w samotności? Zabraniam ci!". Nic, tylko śmieję się cicho, cynicznie wręcz, naśmiewam się. W duchu drwię z tych słów, które, bądź co bądź, powiedziałem sam do siebie. Idę, myślę, nie wiem o czym. To nie jest ważne. Nic nie jest ważne. Nic się nie liczy, tylko ja, bo to moje życie. Usprawiedliwiam sam siebie. Nie wiem za co.

***

Coś na mej drodze. Nie wiem co. Po kostki w zimnej wodzie, słońce dogorywa. Słyszę jego żałosne westchnienie. Czuję na sobie jego oddech, jego ostatnie tchnienie. Widzę kolejnego samotnika, który odwrócił się od słońca, zbuntował się przeciw niemu. Idę, stawiam kolejne kroki, widzę - zbliża się i mruczy coś pod nosem, uśmiecha się krzywo.

- Witaj, samotniku! - nie zbliżył się nawet na kilka metrów, krzyczy z oddali. Milczę. Nie rozmawiam z szaleńcami. Zbliża się, próbuję go wyminąć, ten jednak zachodzi mi drogę. Zmusza mnie do konwersacji, do niechcianej rozmowy, która niestety odbędzie się, czy tego chcę, czy nie.

- Nie odzywasz się… To normalne u ludzi podobnych do ciebie. Wyszedłem ci na spotkanie, na wezwanie samego…

- Słońca? - przerywam, zupełnie intuicyjnie.

- Owszem. Widzę, że już się znacie. Mimo to zostałem wysłany. To oblicze, które już niemal całkiem schowało się za morzem nie jest w stanie przekazać ci wszystkiego. Dlatego jestem ja. Teraz przyglądam mu się. Stare szmaty, spodnie, przetarte jeansy podwinięte prawie pod kolana, koszula rodem z filmów o Hawajach, para zniszczonych tenisówek w rękach. Nieogolony, siwy zarost, masa zmarszczek. Nie tak wyobrażałem sobie wysłańców Boga… a raczej Słońca. Trudno mi w tej chwili dokładnie sprecyzować, co jest czym.

Mężczyzna idzie kawałek w głąb plaży, siada na chłodnym piasku. Czeka na mnie. Niepewnym krokiem podchodzę, nie ufam mu. Mimo to, siadam obok, czuję, jak piasek przykleja się do mokrych stóp.

- Gdy Słońce powstało, zrodziło się wszystko. Góry, gdy Słońce się gniewało - skały, zagrożenie i podobne mu rzeczy. Gdy Słońce było uradowane, powstały lasy, które swoją magią otaczały wszystko wokół. W końcu jednak Słońce poczuło się samotne i zapłakało żałośnie słonymi łzami. Powstało morze. I, co dziwne, przyciąga ono samotnych. I Słońce zostawiło morze, aby móc patrzeć na innych samotników, którzy tu nadchodzą. Między innymi ty.

- Dlaczego masz mnie za samotnego? - pytam, nie wierzę w jego słowa. - Mam przyjaciół, mam rodzinę. Nie jestem samotny, mam wszystko, czego mi trzeba.

- Prócz samotności. Morze to nie tylko łzy wylane przez Słońce. Może to smutek wszystkich. Plaża to pustynia samotnych. To jest prawdą, nie stwierdzisz inaczej, to niemożliwe. Okłamujesz sam siebie, wiesz o tym? Nie… Spójrz. Widzisz, tych ludzi? - Wskazuje palcem na starszą parę, z…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Morza szum, ptaków śpiew... — czytnik · opowiadania