kultura · 4 min czytania
Myśl
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Dlaczego żaden deszcz do tej pory nie obalił tezy, że w nocy wszystkie kamienie są czarne? Właściwie to nawet nie był deszcz. W światło latarń wlatywały skrzepliny. Może powyżej były krople, może były owalne, dostojne, ale im bliżej bruku, tym bardziej były to skrzepy; szkliste, lepkie, zgniatające się pod własnym ciężarem. Gdyby nie odgłosy miasta, pewnie usłyszałbym ich trzeszczące westchnienia.
Skrzepy nie bieliły. Skrzepy krzywiły przechodniom twarze, mrużyły oczy, wtulały szyje w szaliki, wprawiały dłonie w popłoch. Skrzepy lakierowały kamienie. Skrzepy kandyzowały kamienie. Kamienie ożywały barwą kawy, karmelu.
Zmiennymi refleksjami i nierównym makijażem kładły się na nich kolory neonów, blask witryn, poświata ozdób świątecznych, intensywność latarń, dyskrecja zapalniczki włączonej na chwilę, żaru papierosa, a nawet oficjalność świateł policji, które głosiły przybycie mundurowych z interwencją w kamienicy. Lśniły ze smutkiem, cierpliwie znosząc koła aut, podeszwy i cienie zgarbionych przechodniów. Przymykały oczy, gdy nikły pod pojazdami, by za chwilę znów rozglądać się łapczywie.
Każdy kamień inaczej patrzył na świat, choć gdy im się przyjrzeć, przypominały społeczeństwo. Każdy inny, byt sam w sobie, samoistny, indywidualny, ale w ich wspólnocie, w ich układzie czuć było moc, wytrzymałość, totalność. Takie równe, poukładane.
I gdzieś między nimi, na ziemi twardo utrzymującej istniejący porządek rzeczy, w tę zimową noc, na starej ulicy w starej części miasta, zauważyłem coś lśniącego inaczej.
To wyglądało na myśl.
Część 22 / 2
Zastanowiło mnie, czy sama się zmyśliła, czy też została zrodzona.
Nie, nie wyglądała na porzuconą, niechcianą.
Trudno powiedzieć, czy została wypowiedziana.
Choć sprawiała wrażenie smutnej i samotnej, pomyślałem, że może wcale nie sięgnęła bruku samoistnie, może po prostu nie zdążyła wzlecieć? Albo ktoś nie dał jej się wznieść?
A może jednak była porzucona? Tak niechcący w natłoku innych…