Fantasy · 4 min czytania
Nadzieja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Nadzieja
Pamiętam, że nie wiedziałam, czy to jawa czy sen.
Czarne płatki śniegu spadały z ciemnego nocnego nieba, zakrywając miliony nieznanych mi gwiazd. Zimny pył zdążył już przykryć cały krajobraz, zmieniając go w raj z snu szaleńca. Olbrzymie drzewa o ciemnej, pulsującej martwym życiem korze, wyciągały ku górze szponiaste bezlistne gałęzie. Każdy z pni opleciony w czułym ciernistym objęciu błękitnego bluszczu, wyginał się jak zastygły w rigor mortis tancerz, nieruchomo wirując, bez ruchu pląsając.
A ja stałam.
Bose stopy zanurzone po kostki w śniegu nie czuły zimna. Mimo, iż porywisty wiatr niósł ze sobą lodowaty puch i ciskał nim w prawie nagie, okryte jedynie czerwoną (krwistą krwistą czerwoną jak krew błyszczącą karmazynem łzę bólu) koszulą, temperatura była idealna. Ani śladu odmrożeń, czy choćby gęsiej skórki. Co więcej- zdawało mi się, że moja skóra jest zimniejsza niż śnieg- martwa. kolorem przypominała lód, prawie przezroczysta z delikatnym odcieniem błękitu.
Pamiętam, że szłam przed siebie.
Mijany krajobraz rozmazywał się jak atrament pod wpływem wody, kolory splatały się tworząc czarno-granatowe ściany z sufitem nieba nad moją głową.
Część 22 / 2
Nie wiem ile trwała ta podróż, ale wiem, że mijałam innych.
Stali nieruchomo, z rękami wyciągniętymi przed siebie, czasem z jedną nogą uniesioną, jakby gotową wziąć następy krok, zanim zastygli w wiecznym marszu. Ich twarze były znajome i obce zarazem- jakbym pamiętać powinna, a nie mogła. Bądź nie chciała. Bluszcz zaczął już piąć się po ich ciałach, w miłosnym uścisku kolce wbijać pod skórę, błękitne liście triumfalnie wypuszczać w śmiesznie tragicznej parodii lata.
W śmiesznie tragicznej parodii lata.
Wyszłam na polanę.
Otoczona zwartym szpalerem tańczących pokracznie drzew jaśniała czarnym blaskiem skąpana w świetle pełnego księżyca.
Wszystko