Przyjaźń · 7 min czytania
Napiłabym się herbaty
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Napiłabym się herbaty – pomyślała, sunąć palcem po parapecie. Dotknęła czołem chłodnej szyby. Upał był nie do zniesienia. Chodnikiem przemknęła jakaś dziewczyna, niepewnie czująca się na rolkach. Zrobiła piękny slalom pomiędzy kwitnącymi lipami, rosnącymi w rządku przy ulicy, po czym wpadła na staruszkę niosącą pomarańcze. - Phh – prychnęła pogardliwie Nora, odgarniając ciemne kosmyki sprzed oczu. Na parapecie usiadł wróbel, ćwierkając donośnie. Lecz ona nie słyszała go, zza grubej szyby. Do jej uszu dochodziło jedynie monotonne tykanie zegara. „Tyk, tyk, tyk, tyk…” – powtarzał ciągle tą samą, nudną gadkę, doprowadzającą czasem do szaleństwa. W korytarzu zadzwonił telefon. Nora ześlizgnęła się leniwie z parapetu. Zanim jednak zdążyła dojść do starego aparatu stojącego na dębowym stoliku o jednej nodze, dzwonienie ucichło. Ten fakt jeszcze bardziej ją zdenerwował. Ze złością kopnęła mosiężną gałkę, oderwaną przez jakiegoś niezbyt uważnego domownika od szafki, leżącą teraz bezbronnie na puszystym dywanie, przywiezionym w dawnych czasach przez dziadka z dalekiej Turcji. W takie jasne popołudnia jak to, nienawidziła tego wielkiego mieszkania, tych mebli, pachnących starością, tych pamiątek po życiu dziadków, tych okien wychodzących na nudne, zielone uliczki. Denerwowali ją cisi rodzice, wiecznie zajęci pracą lub lekturą swoich ksiąg, drażnił ją schorowany dziadek, zawsze siedzący w swym pokoju na parterze i głupia pielęgniarka, która przychodziła się nim opiekować. W takich momentach najchętniej wtuliłaby twarz w gęste futro Amaretto - jej ukochanego, olbrzymiego psa. Nora przypomniała sobie o herbacie, którą zamierzała zaparzyć, lecz nie chciało jej się ruszyć z miejsca. Było tak gorąco... Spojrzała na znienawidzony zegar - bogato zdobione wskazówki ustawiły się na godzinie piątej. "Tea time" - przemknęło jej przez myśl. Na samo wspomnienie delikatnej filiżanki z malutkim uszkiem i obłoczka pary unoszącego się nad słodkawym płynem z prawdziwymi liśćmi herbaty pływającymi w sąsiedztwie suszonych owoców, zrobiło jej się przyjemnie. Całą siłą swej woli udało jej się pokonać ogarniające ją lenistwo - wstała i udała się do kuchni. Wchodząc do tego niezwykle przestronnego pomieszczenia, nie zapomniała ukłonić się afrykańskiej figurze jakiegoś bóstwa, stojącej tuż za progiem. Gdy była dzieckiem, zawsze czuła respekt przed olbrzymimi, białymi oczami, odcinającymi się od czarnej twarzy figury. Aby zyskać sobie jej przychylność, ilekroć wchodziła do kuchni, pochylała głowę przed tajemniczym bóstwem. Ten nawyk pozostał u niej do dziś - choć była to raczej chęć uszanowania stworzonego przez siebie zwyczaju - w końcu mając już jakiś zwyczaj należy o niego dbać. Wyciągając z półki pachnącej ziołami imbryk, dostrzegła kilka rachunków w białych kopertach. Zupełnie nie pasowały do tej kuchni. Brakowało im fantazji. Postawiła czajnik na piecu, uważając, by nie sparzyć się od rozgrzanej płyty. Czekając, aż woda się zagotuje, usiadła przy mahoniowym stole, wpatrując się w zasłonkę wiszącą w oknie. Wplecione były w nią pojedyncze kłosy zbóż i gałązki drzew. Po chwili w kuchni rozległ się gwizd czajnika. Wspięła się na krzesło, wyciągając z półki pojemnik z herbatą owocową. Po chwili siedziała w pachnącym miodzie salonie, parząc sobie usta złocistym napojem. Zegar wybił szóstą. W