Filozofia · 8 min czytania
Nic szczególnego
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nie chodziło o nic szczególnego. O nic, o co do utraty tchu chciałoby się walczyć i naginać prawa wszechświata, by rosnąć mogło to ziarenko otuchy i harmonii istnienia. Chodziło o pewną zgodę i niezgodę na to co jest, co nas otacza, co przygniata nas do ziemi. O to właśnie chodziło, choć sprecyzować tego, opowiedzieć wprost nie sposób, gdy chce się, gdy potrafi się jedynie trwać w oderwaniu od miliona niepotrzebnych drobiazgów, wypełniających statystyczne życiowe zagajniki ludzi. Oto właściwie chodziło, choć słów było mało i wciąż nie starczało twarzy wokół, które wpatrywałyby się w ziemię z zażenowaniem, słysząc tan nienawodniony nadzieją nihilizm, gorzki drogowskaz, popychający ciągle w dół, niżej i niżej. I nie można już było mówić, choć się mówiło, ale wyrazy stały się kruche, ulotne, bez znaczenia. Każdy dzień przynosił skostnienie i chwilę popłochu stada myśli, trzepoczących, łaknących wody jak smażone słońcem ryby. Gdzieś zapodziały się sensy, jeśli kiedykolwiek istniały, gdzieś czmychnęła cała dziecinna ułuda, że może jednak warto, cokolwiek niesie życie, być człowiekiem. Marek leżał na trawie, było jeszcze ciepło, choć zbliżała się już pora jesieni, melancholijna i przytłaczająca, pachnąca gnijącymi liśćmi i smutkiem, który rozciągał zmarznięte nozdrza i wdzierał się w ciało. Nie było jeszcze południa a on już pił, utrzymując w organizmie optymalne stężenie procentów, wprawiające go w błogi półsen. Chwilę wcześniej odpłynął, rozmarzył się, tylko w tym stanie potrafił jeszcze snuć marzenia i odkrywać w sobie coś pozytywnego, coś, co wiązało się już z czasem przeszłym, tym, w którym potrafił jeszcze coś zdziałać, nie uświadamiając sobie, że i tak nie zda się to na nic. - Czy nic panu nie dolega? Czy coś się panu stało? - usłyszał znienacka. - Mogę jakoś pomóc? Nie chciało mu się reagować. Był zły, że ktoś zakłóca mu chwilę szczęścia, zgoda, może iluzorycznego, w wieku trzydziestu trzech lat nie był już w stanie się oszukiwać, ale jednak to był jego świadomy wybór. A tu nagle ktoś włazi z butami w zainicjowany alkoholem mały, prywatny raj i oszpeca go swym natrętnym aktem współczucia. - „Pewnie to ktoś z ośrodka” - pomyślał. - „Ale oni już chyba dali sobie spokój z naprawianiem mnie na siłę? Chyba, że to ktoś nowy...” - przyszło mu do głowy i otworzył oczy, osłaniając je ręką, by lepiej widzieć. - Dzień dobry – rzekła jakaś małolata. Była chuda i jakaś taka delikatna, eteryczna. Zza jej włosów przemykały promienie słońca, a oczy, utkwione w nim w tej chwili, wydawały się wielkie i pełne niepewności. - Czego chcesz? - zapytał ostro. Nie było mu do śmiechu, nie pragnął towarzystwa, zwłaszcza takiego dzieciucha, który nic w życiu nie widział, niczego nie przeżył, nie może powiedzieć mu nic interesującego. - Przepraszam. Myślałam, że źle się pan poczuł. Jest za chłodno by leżeć na ziemi – oznajmiła dziewczyna lekko się rumieniąc. - Jesteś tu nowa, hm? - zapytał, ale przypatrując się jej szczupłemu ciału, mógł domyślić się wszystkiego. - Tak. Mam na imię Agnieszka. Jestem tu z powodu... - Oj, pozwól, niech zgadnę, zaburzenia w odżywianiu, jak ładnie to nazywają? - przerwał jej w pół słowa, okazując swą wyższość i zniecierpliwienie. - Mhmm – potwierdziła spuszczając głowę. - A pan pewnie ma na imię Marek. Dużo się tu o panu mówi. Już mnie przed panem ostrzegali – oznajmiła, chcąc odzyskać minimum pewności siebie. - Po prostu Marek, żaden ze mnie pan. Stary bywalec i koneser spożywania trunków o małej w świecie renomie – z powodów ekonomicznych rzecz jasna. Jak widzisz tutejsze leczenie nie zawsze jest skuteczne. - Przywieźli mnie dziś, jeszcze nie wiem na czym polegać będzie moja terapia. - A na czym ma polegać? Podtuczą cię trochę, opowiadając przy tym, jaka to jesteś wartościowa, że zasługujesz na szacunek obcych i miłość swych bliskich. Nic nowego. Wszyscy tu cierpimy na to samo, zaburzenia chemii w mózgu, niedostosowanie społeczne i…