Inne · 3 min czytania
Niemen
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Autobus, światła, siedzenia, ludzie, ja. Ja, ja, ja. Stoimy, patrzymy wszyscy w ciemność, w jedno miejsce jaśniejsze w tej ciemności od innych, w jedno miejsce krzyczące o chociaż cień zainteresowania. Cień się pojawia znienacka, okazuje się, że nagle wszyscy tacy chętni, tacy pomocni, tacy dobrzy i wszystko już teraz, zaraz, o. Nie ma tak. Kierowca chyba coś wywęszył bo zamyka wszystkie lufciki na kłódkę i odbiera ostatnią drogę ucieczki. Kierowca chyba wie już, że to będzie nasz koniec, że klęska jest nieunikniona, że umrzemy tu. Z głody umrzemy, bo jesteśmy tylko zwykłymi mięsożercami, nie wsuwamy na śniadanie, na obiad, na kolację i pomiędzy, sałaty i kalafiora. Nie lubię kalafiora. Kalafior to zło samo w sobie, kalafior na zasmażce jest rakotwórczy, kalafior w mojej głowie jest miękki i rozgotowany. Na światłach leży on. Leży i się nie rusza, ani w prawo, ani nigdzie. Po prostu tak się zaparł i już. Ruchu nie przejawia, koniec i kropka. Tak. Coś do niego mówią, coś krzyczą, rękoma machają, gestykulują. Na złość im tak zrobił chyba, to jego wina, to nie ich tylko jego odpowiedzialność. Ale on nie chciał, naprawdę. On po prostu tam był, po prostu to się wtedy stało i już koniec. Wszystko się rozjechało na wszystkie strony. Tylko ci ludzie tu zostali, otoczyli go kółeczkiem i patrzą. Zjawisko niezwykłe, bo oto na pasie, na zebrze leży sobie ktoś. I oto taki ktoś sobie leży