wiesz chciałabym ci powiedzieć
ale nie mam którędy
w ramy ubrać przypadkowość
kołować na śniegu dusząc się po wielokroć
znów na gapę znów być kimś innym
wymagać od siebie nie brać na poważnie
chcieć miłości chcieć nieciasnoty zmieścić
w wierszowaną przestrzeń w kilka słów cały
smutek
Zgadzam się znów na pomarańcze
Nie chcę już tańczyć w twoim niewidzialnym balecie
Jesteśmy zbyt niewidzialni
Żeby dostrzec swoją podłość, siebie nawzajem w mniej okrojonej formie
Jesteśmy za bardzo wyblakli
Żeby się znienawidzić na dobre
Bywamy zbyt banalni
Żeby pokochać w sobie to co najpotrzebniejsze
Żeby oddychać
Ktoś kiedyś dał nam szansę na tabliczkę czekolady
Kłaniałam się jej w pas
To była ona – moja osobista rdzawa śmierć
Zalatywała anyżową wódką
Jak parę starych niepotrzebnych wspomnień
Jak szlafrok z mojej szafy pełnej anyżu rozsypującego się po półkach
Kupuję sobie czarną trumnę
To wszystko co dzisiaj chcę mieć ze sobą
Jest całkiem nie drewniana
Jedzie po pokoju na plastikowych kółkach
Mama trudzi się, żeby ją otworzyć
Złamać tajny szyfr i wykraść z niej cząstkę piekła…
Nasza podróż rozpoczyna się właśnie tu
gdzieś pomiędzy nami
wciśnięta w ramkę srebrności i połysku
stara się wyglądać na starszą niż jest w rzeczywistości
Nasza podróż nie zazdrości nam
wie że jest to uczucie powszechnie wyklęte z naszego społeczeństwa
że brzydzi się nim premier prezydent i ministrowie
że kupimy jej lizaka jeśli przestanie się drzeć na całe gardło
Nasza podróż stara się być cierpliwą
toczy się kołami po rozpalonym asfalcie
pachnie stęchłym piwem i kanapkami
smakuje starymi filtrami od papierosów
wydłubanymi spomiędzy krawężników
Nasza podróż nie pragnie być zauważoną
nie czeka obgryzając palce
na gwiazdkę z nieba albo przypadkowego przechodnia
on mógłby ją wykpić i klasnąć w ręce
może boi się słów jak tasaki do mięsa
jak wiosenne źdźbło trawy które rozcina nam palce
Nasza podróż zapamiętuje tylko dobre chwile
pozostałe chowa na dnie szafy
zamurowuje je w swojej głowie
i okleja papierem samoprzylepnym
później chowa się w kartonie i czeka
nie wiadomo kiedy one mogą znowu nadejść
Nasza podróż to wiosna
to spadające płatki i pomazane chodniki
to alergiczny kaszel w autobusie…
Jego wzrok zatkany trumnami wspomnień
te oczy których nigdy już nie zapomnisz
coś o życiu wysmarowane po nocy
ten huk rozdzierający ciężkie powietrze
i to kiedy sobie dopiero uświadomisz
że był taki jak ty może tylko dojrzalszy
banały które przychodzą ci wtedy do głowy
wstyd po nieprzespanej nocy do końca życia
zrobił dla ciebie to wszystko czego…
Z Natalią można wszystko
Można zbudzić się nad ranem
I wypłakać w jej rękaw
Można wykrzyczeć jej do ucha
Wyszeptać słowa tak bolesne
Można wypalić co tam kto woli
Bez obawy o niezrozumienie
Twoja twarz
Z malutkich pikseli na ekranie
Wypowiedziane słowa
Które nigdy nie przeszły mi przez gardło
Palce wystukujące rytm
Głoszące prawdę prosto z serca
Mówię Ci tak wiele chociaż sama nie wiem czemu
Umiem kiedy Cię nie widzę
Ośmiela mnie moje odbicie
Jakbym rozmawiała z samą sobą
Mówisz mi to co ja chcę usłyszeć…
Chcę ci to powiedzieć
Wyszeptać w twoje dłonie
Wszystko to czego nie ma
Złapać cię w butelkę
Wysłać gdzieś daleko
Żeby każdy mógł doświadczyć
Ciebie we mnie
Jesteś tym niedopowiedzeniem
Jesteś odbiciem…
Spod gazet wyłania się Natalia
Jej śmiech mnie przeraża
Wydaje mi się że zaraz wybuchnie
Wykrztusza z siebie dźwięki wiertarki
Burkocze coś w sobie
Mówi do mnie
Z jej głowy wylatują myśli
Które ciężko jest wychwycić
Zjada ciastko z kremem
Chcę jej powiedzieć to czego nie dam rady
Kocham Natalię kiedy się śmieje
Jest wtedy taka nieuchwytna
Wyraża wszystko to o czym ludzkość
Tylko marzy
Natalia jest lekarstwem na nieuleczalną chorobę
Jej włosy to łodyżki z kolcami
Natalia jest Marsjanką
Z zielonym ciałkiem w odcieniu arbuza
Uwielbia bujać się na ogromnej huśtawce
Krzyczy wtedy do mnie
Radością Natalii można nakarmić…
Inspirujesz mnie kiedy siedzisz obok
Wyglądasz jak milczenie
Z twojego niebieskiego wzroku wykrada się promyk słońca i oplata twoje włosy
Ludzie patrzą
Nie mogą pojąć tej bliskości, która nas otacza, tego błysku w oku, szumu fal, bałwanów ze śniegu
Nie umiem ci tego powiedzieć
Czasem myślę, że wiesz
Jestem pewna
Przesyłasz do mnie list
Idzie po druciku, powoli
Zdążę przeczytać, kiedy się odwrócisz
Powiem ci coś takiego, że się zawstydzę
A ty weźmiesz to do serca
Zawiniesz mnie w papierek i wrzucisz do wody
Albo zachowasz mnie na zawsze
Będziesz mnie nosić w kieszeni, będziesz mnie pamiętać
Ale czy na pewno?