Horror · 7 min czytania
Nika
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Posiłek do pracy przygotowuję sobie wieczorem. Najczęściej ryż z kurczakiem, czasami zabieram jabłko. Odchudzam się. Jeśli tylko mogę, wstaję bardzo wcześnie. Nie dlatego, że muszę albo lubię. To kwestia bezpieczeństwa.
Tego feralnego dnia zerwałem się z łóżka na długo przed świtem. Było jeszcze zupełnie ciemno. Włożyłem jedzenie do plecaka, zapiąłem szczelnie czarną kurtkę, nałożyłem na głowę kaptur. O tej porze blok wydawał się być jeszcze pogrążony w głębokim śnie. To oczywiście mogły być tylko pozory. Na wszelki wypadek przyłożyłem jeszcze ucho do drzwi wyjściowych z mieszkania. Cisza na klatce schodowej mogła zwieść naiwnego, ale nie mnie. Przez lata życia tutaj, nauczyłem się wychwytywać z niej całą masę najdrobniejszych nawet szmerów. Każdy z nich mógł być zapowiedzią nadchodzącego zagrożenia. Biały szum lamp jarzeniowych, kostyczny zgrzyt stalowych linek windy, ciężkie westchnięcie zapowietrzonych instalacji - wszystkie te odgłosy to tylko nic nie oznaczające zwykłe blokowe dźwięki. Trzeba uważać na te najgorsze. Cichy zgrzyt przekręcanej klamki w czyimś mieszkaniu, głuche tąpnięcie kabiny w szybie windowym, ciche odgłosy kroków - każdy z nich może sprawić, że koszula na plecach zrobi się mokra w sekundę.
Dla pewności poobserwowałem jeszcze z okna opustoszały parking pod blokiem. Ciemno i pusto. Uśpione i pokryte mgiełką rosy samochody przycupnęły do asfaltu. Nieliczne drzewa rosnące na tym osiedlu niemal niezauważalnie kołysały się na słabym wietrze. Już miałem opuścić róg firanki, gdy zza rogu wyłoniła się przygarbiona ciemna postać. Pewnie spóźniony na tramwaj. Schował dłonie w kieszeniach kurtki i ze schyloną głową dreptał przed siebie w kierunku przystanku w towarzystwie swojego bardzo długiego cienia wywołanego przez okoliczne latarnie, emanujące mdławym, żółtym światłem. Szybko ponownie zniknął gdzieś w mroku.
Trzeba już iść.
Powoli wyszedłem z mieszkania. Bezszelestnie zamknąłem drzwi na klucz. Jeszcze jeden głęboki nasłuch. Cisza. Ruszyłem w kierunku schodów. Zszedłem z pierwszego piętra na parter. Stopień po stopniu, powoli, bez pośpiechu, niczym szkolony wiele lat ninja.
Część 22 / 2
Przeniknąłem jak duch przez wiatrołap ze skrzynką na listy najeżoną powtykanymi w nią reklamami pobliskiej pizzerii. Jedna z jarzeniówek dożywała ostatnich chwil, mrugając do świata na pożegnanie. Pozostało tylko pokonać ten cholerny tunel, przeszywający na wylot blok w poziomie parteru i zabezpieczony z dwóch stron stalową kratą w kolorze grafitowym. Kiedyś zbierały się w tym tunelu pijaczki, więc wspólnota wymyśliła kraty. Pijaczki zniknęły - poczucie, że mieszka się w obleganej twierdzy zdecydowanie się spotęgowało. Cóż zrobić.
Po wyjściu z klatki skierowałem się w prawo, w stronę parkingu. Tam ostatnio było spokojniej, choć gwarancji nikt nam nie da nigdy.
Jak się za chwilę miało okazać, to był poważny błąd.
Szybko doszedłem do kraty. Złapałem za lodowatą od nocnego chłodu klamkę i już miałem dać krok następny, gdy zobaczyłem JĄ.
Ubrana w adidasy, rozciągnięty szary dres i pikowany ciemny bezrękawnik, stopiła się z otoczeniem w sposób niemal idealny, choć stała tuż pod akurat wściekle rozświetloną latarnią. Mistrzyni kamuflażu. Nawet iskrząca się platyna spiętych w koński ogon włosów nie rzucała się przesadnie w oczy. Co ciekawe, początkowo w ogóle mnie nie zauważyła. W prawej