Zbrodnia · 6 min czytania
Obcych orłów Król
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Zbrodnia, kara, grzech, litr wina i tak historia ta się zaczyna....”
Majestatyczna postać króla pochylała się nad leżącą przed nim dziełem Dostojewskiedo „Zbrodnia i kara”. Butelka wina cierpliwie czekała na swoją kolej. Na łóżku w kuszącym, grzesznym nie przykryciu majaczył kształt młodej dziewczyny. Stałem w progu pokoju przypatrując się kuleczkom różańca leżących na starym dywanie. Wiedziałem, że nadchodzi przełom, że panowanie mojego Władcy dobiega końca. Nie raz siadałem w pobliskich karczmach i dyskutowałem z bardami, mędrcami, prorokami o tym co nieuchronnie nadchodzi. Ojczyzna moja choć biedna była zjednoczona postacią Króla i nikt sobie nie wyobrażał sobie, że może go zabraknąć. Sam bałem się tej wizji, odganiałem ją tak daleko jak tylko mogłem – niestety wracała ze zdwojoną siłą. Ogarnia mnie strach na to co może się stać gdy go zabraknie. Siedząc tak przy stole otoczeni gwarem, dymem papierosowym i alkoholowym aromatem stwarzaliśmy miraż szczęśliwego życia. Powtarzaliśmy te wypady ile razy mogliśmy, ile starczyło tchu, ile starczyło sił i rozsądku. Nadeszła Wielkanoc - okres przygotowania, śmierci i zmartwychwstania. Król opadł z sił, dzienniki podawały najróżniejsze choroby wymyślane przez dworskich medyków, ja sam wiedziałem co to za choroba, nazywałem ją przejedzeniem. Nasz Władca przejadł się władzą, zmęczył się ciągłymi problemami państwa i nie mógł znieść samotności. Widziałem jak starał się ratować tymi cudownymi proszkami zapomnienia, które podsuwały mu kurtyzany, doradcy i medycy. Zasoby skarbca choć i tak niewielki kurczyły się w zastraszającym tempie. Narkotykowy amok żąda ofiary z kosztowności. Po dworskich korytarzach walały się starty jedwabnych koszul, wyjściowych spodni, zimowych kurtek i parcianych pasków porozpruwanych i wybebeszonych. Z czasem nawet te sterty ubrań zaczęły znikać – nawet one przedstawiały jakąś wartość. Wiatry niepokojów hulał po zamkowych izbach niosąc hipokryzje i złe podszepty. Nieraz przyszło mi stawać w obliczu tego wiatru, jakże elegancko ubranego w drogie garnitury. Potem obserwowałem z zamkowego okna miasto, które pozostawione same sobie - raz po raz rozbrzmiewało odgłosami strzałów. Ach gdzie te czasu gdy tłum zgromadzony przy ulicy wiwatował na widok przejeżdżającego w otwartym kabriolecie Króla, teraz tym samochodem pewnie porusza się jeden z orędowników wiatru. Smutno mi Boże, że na tym dworze już nie rozbrzmiewa dzieci śmiech a kałamarze dawno wyschły. Diamentowe pióra, o których zapomniano podczas holokaustu majątku zachęcały do napisania choć kilku