Inne · 4 min czytania
oda do hedonizmu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Za oknem budził się niemy świat. Słońce roztoczyło różową łunę nad panoramą Dallas. Jason obserwował to wszystko, oparty o przeszkloną balustradę balkonu. Nigdy by nie pomyślał, że można polubić życie w penthousie. Cicho nastawione radyjko grało jakąś senną melodię… pociągnął długi łyk aromatycznej, zbożowej kawy. Chmury na niebie opalizowały niczym złoto. Czy cokolwiek innego można by nazwać rajem? Wyciągnął się leniwie i ziewnął. Sięgnął po cienki, kaszmirowy sweter i naciągnął go lubieżnie na nagi, umięśniony tors. Przeczesał palcami swoją kasztanową czuprynę. Promienie słońca muskały jego twarz swoimi ciepłymi, delikatnymi palcami. Uwielbiał to rozkoszne ciepło. Czuł jak rozgrzewa jego skórę, powoli przenika głębiej niczym cudowny balsam, czuł jak napełnia jego duszę i umysł czystym światłem. Jedynie srebrny medalik z wizerunkiem jakiegoś świętego, luźno zwisający na piersi pod swetrem, chłodził punktowo. Odetchnął głęboko. To się nazywa porządnie podładować baterię, niech dupki z pracy się bujają. Pierwszy raz od kilku tygodni czuł się wypoczęty i wyspany. Do generalnej nirwany brakowało mu jedynie Sydney. Słodkiej, uroczej Sydney, która była teraz w trasie i promowała swoją nową powieść na zjeździe fanów romansów w Los Angeles. Oczyma wyobraźni widział ją bez makijażu i rozczochraną, z jej długimi, rudymi włosami, wymykającą się z jego sypialni nad ranem, jego w jego wykrochmalonej, służbowej koszuli. Wyobraził sobie ten pełen radości uśmiech i iskierkę namiętności do zestawu z głębokich, ciemnych oczach. Jakże cudownie ta koszula układał się na niej. Uśmiechnął się mimochodem do swoich wspomnień. Wyciągnął z kieszeni telefon, i wystukał do niej krótką wiadomość. Trzymał kciuki za pozytywne przyjęcie jej pisaniny. Zwykle sam