Hobby · 7 min czytania
Odkupienie Malucha
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Odkupienie Malucha
Kiedy szwagier Rafała dawał mu kluczyki do swojego wysłużonego Malucha, nie wiedział, że następnego dnia pójdzie do kościoła piechotą. W sobotę wieczorem chłopak zawsze pożyczał auto, zwłaszcza latem. Maluch był stary, dawno przejechał już swoje i nie umywał się do odpicowanych Beemek znajomych Rafała, które widać było wieczorami na ulicach. Chłopaki inwestowali tylko w detale zewnętrzne – spojlery i efektowne nalepki, gdyż absorbowały uwagę płci pięknej. Często również kilka osób łożyło na jeden samochód. Potem jeździli na zmianę. Prawdziwa subkultura automaniaków. Towarzystwo jednak nie akceptowało Rafała. Uważali go za flejtucha, a to dlatego, że dawno, dawno temu na Oazie, przyłapano go podczas masturbacji. Wieść błyskawicznie obiegła okolicę. Taki już urok prowincji. Dlatego Rafał zawsze woził się po mieście sam w maluchu szwagra. Mało tego, maluch szwagra był jedynym prawdziwym przyjacielem Rafała, przytułkiem jego namiętności i powiernikiem zmartwień. Po przekręceniu kluczyka przenosił kierowcę w inny wymiar. Rafał nie potrzebował wina, ani nic nie musiał palić. Wystarczyło mu, że prowadzi. Jednak tamtego wieczora wypił i zapalił, zanim usiadł za kierownicą. Najpierw dwa piwa z kolegami z budowy, potem winiacza z kumplem, jak wracał do domu i potem jeszcze dwa kliny ze szwagrem, kiedy pożyczał samochód. Było przed dwudziestą drugą, a na niebie dyndały się jakieś gwiazdy i prawa połowa księżyca. Rafał zdążył jeszcze na nie spojrzeć, nim przekręcił kluczyk. Gwiazdy zostawiały różnej grubości łuki na firmamencie, podobne do tych na fotografiach o długim czasie naświetlania. Wyciągnął przygotowanego wcześniej skręta i spalił do połowy. Resztę zgasił w oślinionych palcach. Pomyślał o swojej samotności i poczuł ciepło maski samochodu. Świat zakołysał się jak galareta, kiedy ruszył. Maluch szwagra stał się nagle portalem między równoległymi wszechświatami. Przednia szyba migała dziwnymi refleksami, uszy Rafała wypełniał ciepły warkot silnika. Jego nogi dotykały pedałów, a on zaś czuł, że stąpa po niebiańskiej łące. Szalony pęd wrzucił go w nastrój błogości, euforii, jakiegoś lotu. Kierownica zdawała się giąć mu w palcach, obracał nią, jak kalejdoskopem, a przed oczami miał mnogość kolorów. Nagle jednak pewien do bólu trzeźwy obraz wybił go z nadprzestrzeni i osadził w rzeczywistości. W świetle latarni mignęły dwa odblaskowe kombinezony policjantów. Najwyraźniej stali z licznikiem. Rafał machinalnie spojrzał w lusterko wsteczne. Po ustawieniu ostrości spostrzegł, że za nim jadą i nawet włączyli sygnał. „Po moim trupie...” – pomyślał już o trzy dziesiąte promila bardziej trzeźwo. Dodał gazu i z rykiem silnika pomknął w pierwszą czarną przecznicę.
Tak się akurat złożyło, tego samego wieczora wywalili nas z baru za wrzaski. Mnie, Bicepsa i Sztangę. Właściwie to Biceps był winny całej potyczki z bramkarzem. Nie awanturowaliśmy się. Biceps wrzeszczał, żebyśmy pili i bramkarz zwrócił nam uwagę. Wtedy nieopatrznie kazaliśmy mu spierdalać. Wywalili nas w mrugającą pomarańczowym światłem miejskich latarni gwiaździstą noc. Było ciepło i cicho. Naprzeciwko knajpy, po drugiej stronie ulicy w oddali migotała rzeka. - Rzygał będę... – jako pierwszy odezwał się Sztanga. Jego błądząca na oślep w powietrzu dłoń schwyciła moje ramię. Zachwiałem się, ale z całego towarzystwa byłem najbardziej trzeźwy. Na tyle, by uaktywnił się mój syndrom miłosiernego Samarytanina. Pozwoliłem Sztandze spokojnie przysiąść na krawężniku i…