wojna · 8 min czytania
ono i wytrychy, czyli zmagania piasku z wiatrem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Zmusza mnie pewna lektura do bitew i potyczek.
I choć głosy słyszę: zostaw nasiąkniętą konfliktem materię, niech sobie sama radzi; mądrzejsi zabierali głos – to inne znowu mną szarpie i nakłania. Nie boi się uszczknąć z tematu, ani swoich trzech groszy wetknąć. Nie boi się i koniec. Jeszcze może raczkuje, może trochę zbłąkane, ale zarutko otrzepie głowę z plew, z niebytu wyndzie i pójdzie. Głupie powiadam, bo jakby zapomina, że w cieniu jeszcze się ma szansę; jeszcze można trochę się pobocznością nacieszyć; w kącie czekoladę zjeść potajemnie. Ale uparte toto, bez porównania do osła, uszami strzyże i gałami przewraca.
Już wczoraj jira malkę macało, potem z pietyzmem włożyło na ciemię, chustę z niebieską gwiazdą zarzuciło na ramię i w lusterko patrzy. Kiwa się. Chwilę tak trwało. Przestało. Podrapało się po głowie. Coś pod nosem konfabulowało przeciwko (mnie) i stawało na palcach. Potem z drugiej skrzyni, dobyło galabiję, naciągnęło na się. Za chwilę biało-czarną kefiję owinęło wokół głowy i przytrzymało agalem, a chustę drugą zawiązało pod szyją i spod byka patrzy. Ubranie mu coś spuchło. Tęższe jakby się zrobiło i w uśmiechu szczerzy gębę.
Do pierwszego i drugiego brakło mu tylko jakiejś broni, bo to wstyd nieuzbrojonemu tak łazić po wsi.
Część 22 / 2
Niby mu się znudziło za chwilę, jak napalonemu dzieciakowi. Przebrało się do cywila i usiadło. Oczy zamknęło i coś duma. Nogą zaczęło tupać, palcami stukać. Myślę sobie, zaraz się zacznie. I nie długo trwało. Zerwało się, pakunki pod pachę oba i do wyjścia. - Gdzie się łazęgo pchasz – mówię. - To ten… To no, bo ja chciałobym… – jąka mi się pod drzwiami. - Nie pójdziesz nigdzie. Jeszcze ręce całe masz i resztę nieskalaną. - Ale… Ja muszę, na skórze własnej wiedzieć, kto rację ma. - Nikt – temu rzeczę. – Same jajogłowe, fanatyczne, albo rzutkie czyimś życiem. Jak Kargule nasze i Pawlaki. Zabijać się będą, a ani jeden piędzi ziemi nie odejdzie. - Nie wierzę! – uniosło się rozgorączkowane. Jeszcze głowę nabitą ma ideałami, jeszcze dupy nie sparzyło na gorącym piasku, to się unosi. Macham ręką. - A idź! – wzdycham jeszcze – Tylko mnie poszarpane do domu nie wracaj. Czasu na kaleki nie mam i mieć nie będę. Jutro do pracy wstaję i ani mi w głowie zmartwienia.
Trzask tylko drzwi usłyszałam i tupot podkutych trepów. No, - myślę sobie, - cichoskradajki to to nie są. Daleko nie zajdzie jak będzie tak hałasować, ale… Powiadają, że głupi ma szczęście. Może to i racja.
Cóż zrobić. Niech idzie. Może się nauczy. Niechby i całe wróciło, bez sińca jakiego. Może, daj opatrzność, jak wróci, nie nałga, że cuda widziało. Bo mnie to by się widziało od cudów bardziej, żeby normalnie było. A toto na normalność za leniwe. Siedzi bidne i marzy tylko. A potem nagle siedzi i maże się. Zerwie się. Gdzieś pobiegnie. Nad ranem tylko zmęczone bardziej i pracy więcej. Ale twarde milczy i nie powie co się stało. Czasem tylko wieczorem bazgra. Taka radość. Choć bywa interesująco popatrzeć jak się skupia. Teraz, jak cisza nastała, przez nie i mnie wzięło myśleć: - Ilu jest tych z Palestyny i z Izraela jak ono? Co chciałoby już pokoju. I dość ma śmierci, masowych fajerwerków i odwetowych akcji; i odwetowych akcji, bez końca... Ilu jest takich, co życia innego nie zna; takich, których to ani po jednej, ani po drugiej stronie muru żadne ono nie przekona do chwili zastanowienia i kompromisu.
A tymczasem Izrael i Palestyna jak stare, ale na przekór nierozwiedzione małżeństwo, płaci sobie wzajem alimenty; i dzieli; i niszczy niezgłoszony jeszcze do sądu majątek. Dzieci przeciwko sobie buntuje; wnuki. On zły tatuś. Ona matka zła. A…