fantastyka · 19 min czytania
Opowiadania z Wieloświata: Siostra Czerwień cz.4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
– Czekaj, Rasław, żebym ja cię dobrze zrozumiał. – Wołchw polał czwórniaka do kubków: sobie więcej, Pomianowi mniej, gardło zwilżył i spojrzał na chłopa Suli z umysłem nieco bardziej... oświeconym. – Ty przychodzisz do mnie, bo Sulichna za często chce i się o nią martwisz, że opętana czy chora jaka, tak?
Pomian pokraśniał, bo stary pustelnik, co to jeszcze starszym bogom służył, podsumował problem celnie i tak, że dylemat Raska nawet jemu wydał się mocno głupawy.
– No… tak. – Podrapał się po ogorzałym czole. – Ale ona nigdy za bardzo chętna nie była, a teraz to jakby w nią czart jaki wstąpił! Rzuca się, krzyczy, śmieje się, drapie nawet; zobacz, Drogo! – Koszulę rozchylił i kilka długich i płytkich rys na torsie pokazał. – To ze wczoraj!
Drogomił pocmokał, miodem gardło podlał i znowu na Pomiana spojrzał. Aury żadnej złowrogiej nad nim nie widział, zresztą do chałupy amuletami obłożonej nikt by nie wszedł, gdyby go jakie licho podłe prowadziło.
– A Suli, prócz chuci ponadzwyczajowej, to inne rzeczy dziwne robi?
Rasław opadł na zydel i swój kubeczek osuszył. Miód niby czwórniak, ale jakimiś ziołami podbity, bo po gardle spływał powoli i palił jak półtorak.
– Jakie inne?
– No, syczy, warczy!?… Może po ścianach i suficie biega, albo kurom łby ukręca, czy krew twoją upija jak w euforii jesteśta?
Rasław aż pobladł ze strachu i oczy wybałuszył.
– No… Nie. Normalnie chodzi, może jakaś szczęśliwa bardziej, podśpiewuje często i chichocze, nie wiadomo z czego i do czego.
– A jak śpiewa, to po ludzku czy językiem dziwnym?
Część 22 / 6
– Chłopskie melodie nuci, niektóre z czasów mojej babki, kiedy jeszcze władna na ciele i umyśle była.
Wołchw mruknął coś pod garbatym czerwonym nochalem, z gąsiorka polał z jeszcze większą na swoją korzyść różnicą i dumać zaczął. Dumał, co by jeszcze się z Sulichną mogło dziać. Niby Pomian jakby zwykle przewrażliwiony, ale swoją kobitę znał najlepiej, a czarty czasami to sprytniejsze są od rozumu ludzkiego, ale nie od serca.
– A do zwierząt podchodzi? – spytał i zmierzył Raska wąskim ślepkami przekrwionymi.
– Tak, rano kwokom dała i krowę wydoiła.
– Mleko normalne czy różowawe.
– Normalne, a czemuż to miałoby być róż…?
– Krew: diaboły i licha dotykiem krzywdzą i wymiona by poraniły.
– Na Bachusa, nie. Mućka normalna: muczy, żre, sra… Jak to mućka: niechora całkowicie.
– To, Rasek, powiem ci, że Sulichna też baba normalna jest, tylko chętna ponad miarę, jak rusałka po zimie wybudzona, he – parsknął prześmiewczo, bo miód szałwią i pokrzywą zaprawiony, a one razem z alkoholem wybełtane humor poprawiały.
– Ty się śmiej, ile chcesz! Może i ja wariat, nie wiem już sam, ale obiecaj, Drogo. – W pierś pięścią się uderzył. – Obiecaj, że ty ją obejrzysz, obiecaj na przodki nasze i znajomość długoletnią, że chociaż na nią spojrzysz i uroków poszukasz! – Pomian prawie błagał.
Czyli on prawdziwie przerażony, pomyślał Drogomił, potem gardło zwilżył i spojrzał na Rasława badawczym wzrokiem.
Część 33 / 6
– A gdzie ona tera?
– Do lasu poszła, jagód do ciasta nazbierać.
Wołchw wstał, podszedł do obrośniętej pajęczyną półki i małego drewnianego idola z kurzu odmuchał.
– Weź i pod łóżko połóż. Następnym razem jak cię kobita zaatakuje – ledwie śmiech zdusił – będę patrzał.
– Jak to: patrzał!? – Rasław poczerwieniał jeszcze bardziej, bo szmer miodowy już w głowę mu uderzył i krew w ciele rozrzedził.
– Głupiś ty, Rasek! Myślisz, że ja, stary grzyb, będę wasze figle podglądał! Duchem będę patrzał – wyrzucił z emfazą Drogo – aurę zbadam, czy się bies razem z chucią aby tylko nie ujawnia!
– Dzięki ci, Drogo. – Pomian powstał, idola z twarzami czterema do kieszeni schował i pokłonił się nisko.
– Idź już, a ja jeszcze spróbuję Sulichnę w lesie podpatrzyć.
– Ale nie mów jej, że ja z tobą żem gadał…
– Głupi nie jestem, inne oczy za nią poślę. Idź już, bo mi nerwy szargasz. A! Rasek, staremu powiedź, żeby przylazł do mnie w kości pograć i o czasach dawnych powspominać.
– Pomnę mu.
Część 44 / 6
Rasław pokłonił się raz jeszcze i wyszedł z chaty pustelniczej, która to dla tradycji obskurną być musiała.
Drogo czwórnik dopił, gnaty rozprostował, do spiżarki łeb wsadził, po zakamarkach ręką poszperał i małe zawiniątko wygrzebał. Potem rozsiadł się na trójnogu i materiał na stole rozłożył. W środku pakuneczku jajo leżało od kurzego nieco mniejsze, za to czarne jak węgiel najczystszy. Wołchw skorupkę natłukł, jajo wlał do kubeczka i miodem zalał: dla smaku, bo śmierdziało żółtko potwornie. Potem trochę jakiego zielska suszonego na wierzch pokruszył, paluchem wybełtał i jednym haustem wypił. Wykrzywił się strasznie, jakby świeżo rwany szczaw przeżuwał, i powieki zacisnął.
– Szlag by to, paskudztwo! – przeklął i oczy otworzył. Gałki jego taką samą czernią spłynęły, co skorupki na materiale odstawione.
***
Gaj niedaleko wsi Chojniki pachniał już młodym latem, gdyż spragniona, zziębnięta ziemia od wiosny ciepło łapczywie chłonęła, a w zamian żyzną glebą kwiecie wszelakie karmiła. Pomiędzy drzewami obrzuconymi dojrzałym listowiem rozchodziły się radosne krzyki poprzetykane chichotem i piskiem dziewczęcym. Las niósł te dźwięki, ale one, jakoby magią zniekształcone, płynnie w trel ptasi i buczenie bagienne przechodziły, przez to i uwagi niczyjej nie ściągały.
– Przestań! Zimna jeszcze!
– Ale ja gorąca. – Wan uderzyła w taflę i wyrwała z powierzchni tyle wody, co jakiś sum wiekowy, który rzucił się za kaczką.
Na Suli nawet skrawek suchy się nie ostał: całą ją wiedźma zalała i nie było co z koszuliny ratować.
– Nie chciała panna nura dać, to woda przyszła do panny! – zażartowała Wanguan i zanurkowała po sam nos.
– Tobie to zawsze ciepło, bo ci się włosy kopcą! – odpysknęła Suli, pokazała język i wyszła na brzeg.
Wcześniej namówić się dała, żeby chociaż stopy w oczku pomoczyć, ale wiedźma inny plan od początku miała i tylko wabiła Pomianową do sadzawki, żeby wodą po nos zalać.
Część 55 / 6
Suli – w trochę udawanym gniewie – na łąkę wyszła, rozejrzała się dokoła i koszulę zmokłą zdjęła, żeby ją na witkach wierzbowych rozwiesić. Dwa chude ramionka objęły ją w pasie. Suli obróciła się gwałtownie i ustami na rubinowe wargi trafiła. Przylgnęła do nich, a potem Wiedźmę uśmiechem uraczyła, ale Wanguan dostrzegła, że Suli zarośla ukradkiem oczami czesze, podglądaczy upatruje.
– Mówiłam ci przecież… – Wiedźma włosy mokre z czoła Pomianowej czule odgarnęła i ciepłem magicznym nagie ciało osuszyła. – Nikt tu nie przyjdzie i przeszkadzać nam nie będzie.
– A skąd tyś taka pewna?
– Bo wiedźma jestem, to wiem przecież – oświadczyła Wan trochę żartobliwie i piersi Suli pogładziła.
Miły to był dotyk, bo Wiedźma piękna i delikatna była i to piękno delikatne w ruchy przelewała tak, że każde muśnięcie burzę zmysłów u Suli rozpętać potrafiło. Nie to, co Rasek: on brał, posiadał i odstawiał, jak skończył, a wiedźma… Ona dotykiem prosiła, nęciła zalotnie.
Popatrzyły po sobie i przylgnęły ciałem do ciała, jak pijawki gotowe wyssać się nawzajem. Dwie fale włosów przepięknych po gruncie się rozlały – wpierw słomiane, a potem ogniste – gdy, dłońmi splecione, obie kochanice na trawę zieloną upadły i tak przetoczyły się razy kilka, śmiejąc się wniebogłosy.
Krzaki zaszeleściły poruszone przez jakiegoś czmychającego zwierza, a Suli, jak ta wodnica płochliwa, natychmiast głowę z gleby poderwała i wzrokiem nerwowym między paprociami podglądacza szukać zaczęła.
– Mówiłam ci przecież: nikt nas tu nie znajdzie! – syknęła Wan i poirytowana już trochę zachowaniem Suli, za podbródek ją złapała, niby agresywnie, ale jednak miękko, i wzrok od krzaków odciągnęła.
– Ty możesz tak mówić… – oświadczyła Pomianowa smutno. – Tak ze spokojem w głosie, bo nie ty na boku baraszkujesz jak jakaś gamratka, co to wszystkich chłopów we wsi oblatuje, a potem chodzi okrakiem.
Suli, wysunęła się spod wiedźmich wdzięków, przysiadła pod drzewkiem i nogi pod brodę podkuliła, lękowi dając wyraz.
Część 66 / 6
Wanguan westchnęła ciężko. Zachodziła w głowę, jak można własnej klatki się tak wiernie trzymać nawet wtedy, kiedy wierzeje stoją otworem. Z drugiej jednak strony, to serce czyste i dusza wdzięczna strasznie ją do Sulichny ciągnęły, fascynowały, furię w żyłach łagodziły.
Przysiadła obok i do ucha poczęła Pomianowej szeptać:
– A pamiętasz, żeby ci kiedyś we wsi o tym stawie kto mówił? – Suli pokręciła głową przecząco. – To dlatego, że to miejsce zaklęte jest, a oczom śmiertelnych nie jest dane cudów za życia dostrzec. – Wanguan zaczęła gładzić Pomianową po nodze, ciepłem i zapachem oplatać. – Chyba że ktoś im rąbka tajemnicy uchyli – dodała.
Suli spojrzała na nią z lekkim uśmiechem, jakby nadzieja drobna, ale uparta, z trudem wargi skamieniałe uniosła.
– Czy myślisz, że my kiedyś byśmy mogły tak… razem? W jednej chałupie?
– Co w jednej chałupie? Mieszkać?... Może… – Wan wzruszyła ramionami. – Ale mi do chałup się pchać nie śpieszno. No, chyba że do izby, pod bety – dodała i włosy rubinowe na kolanach Suli ułożyła.
Pomianowa na wiedźmę łypnęła, a Wan uśmiechnęła się: po części uroczo, po części drapieżnie.
– Ta! Między mnie, a chłopem moim się wciśnij, jak żmij rudawy – przedrzeźniała Suli.
– Obu wam w figlach podołam, a ten twój chłop to niebrzydki jest, możemy sobie barłóg w alkierzyku urządzić.
– Przestań! – Zaczerwieniła się Suli i w nos wiedźmę pstryknęła. – Ty to faktycznie przez czarty opętana! – Odwróciła się z twarzą