Wróć do katalogu

Opowiadania z Wieloświata: Siostra Czerwień cz.4

Bogi i ich sługi wszelakie

MKP, opublikowano , 19 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

– Czekaj, Rasław, żebym ja cię dobrze zrozumiał. – Wołchw polał czwórniaka do kubków: sobie więcej, Pomianowi mniej, gardło zwilżył i spojrzał na chłopa Suli z umysłem nieco bardziej... oświeconym. – Ty przychodzisz do mnie, bo Sulichna za często chce i się o nią martwisz, że opętana czy chora jaka, tak?

Pomian pokraśniał, bo stary pustelnik, co to jeszcze starszym bogom służył, podsumował problem celnie i tak, że dylemat Raska nawet jemu wydał się mocno głupawy.

– No… tak. – Podrapał się po ogorzałym czole. – Ale ona nigdy za bardzo chętna nie była, a teraz to jakby w nią czart jaki wstąpił! Rzuca się, krzyczy, śmieje się, drapie nawet; zobacz, Drogo! – Koszulę rozchylił i kilka długich i płytkich rys na torsie pokazał. – To ze wczoraj!

Drogomił pocmokał, miodem gardło podlał i znowu na Pomiana spojrzał. Aury żadnej złowrogiej nad nim nie widział, zresztą do chałupy amuletami obłożonej nikt by nie wszedł, gdyby go jakie licho podłe prowadziło.

– A Suli, prócz chuci ponadzwyczajowej, to inne rzeczy dziwne robi?

Rasław opadł na zydel i swój kubeczek osuszył. Miód niby czwórniak, ale jakimiś ziołami podbity, bo po gardle spływał powoli i palił jak półtorak.

– Jakie inne?

– No, syczy, warczy!?… Może po ścianach i suficie biega, albo kurom łby ukręca, czy krew twoją upija jak w euforii jesteśta?

Rasław aż pobladł ze strachu i oczy wybałuszył.

– No… Nie. Normalnie chodzi, może jakaś szczęśliwa bardziej, podśpiewuje często i chichocze, nie wiadomo z czego i do czego.

– A jak śpiewa, to po ludzku czy językiem dziwnym?

– Chłopskie melodie nuci, niektóre z czasów mojej babki, kiedy jeszcze władna na ciele i umyśle była.

Wołchw mruknął coś pod garbatym czerwonym nochalem, z gąsiorka polał z jeszcze większą na swoją korzyść różnicą i dumać zaczął. Dumał, co by jeszcze się z Sulichną mogło dziać. Niby Pomian jakby zwykle przewrażliwiony, ale swoją kobitę znał najlepiej, a czarty czasami to sprytniejsze są od rozumu ludzkiego, ale nie od serca.

– A do zwierząt podchodzi? – spytał i zmierzył Raska wąskim ślepkami przekrwionymi.

– Tak, rano kwokom dała i krowę wydoiła.

– Mleko normalne czy różowawe.

– Normalne, a czemuż to miałoby być róż…?

– Krew: diaboły i licha dotykiem krzywdzą i wymiona by poraniły.

– Na Bachusa, nie. Mućka normalna: muczy, żre, sra… Jak to mućka: niechora całkowicie.

– To, Rasek, powiem ci, że Sulichna też baba normalna jest, tylko chętna ponad miarę, jak rusałka po zimie wybudzona, he – parsknął prześmiewczo, bo miód szałwią i pokrzywą zaprawiony, a one razem z alkoholem wybełtane humor poprawiały.

– Ty się śmiej, ile chcesz! Może i ja wariat, nie wiem już sam, ale obiecaj, Drogo. – W pierś pięścią się uderzył. – Obiecaj, że ty ją obejrzysz, obiecaj na przodki nasze i znajomość długoletnią, że chociaż na nią spojrzysz i uroków poszukasz! – Pomian prawie błagał.

Czyli on prawdziwie przerażony, pomyślał Drogomił, potem gardło zwilżył i spojrzał na Rasława badawczym wzrokiem.

– A gdzie ona tera?

– Do lasu poszła, jagód do ciasta nazbierać.

Wołchw wstał, podszedł do obrośniętej pajęczyną półki i małego drewnianego idola z kurzu odmuchał.

– Weź i pod łóżko połóż. Następnym razem jak cię kobita zaatakuje – ledwie śmiech zdusił – będę patrzał.

– Jak to: patrzał!? – Rasław poczerwieniał jeszcze bardziej, bo szmer miodowy już w głowę mu uderzył i krew w ciele rozrzedził.

– Głupiś ty, Rasek! Myślisz, że ja, stary grzyb, będę wasze figle podglądał! Duchem będę patrzał – wyrzucił z emfazą Drogo – aurę zbadam, czy się bies razem z chucią aby tylko nie ujawnia!

– Dzięki ci, Drogo. – Pomian powstał, idola z twarzami czterema do kieszeni schował i pokłonił się nisko.

– Idź już, a ja jeszcze spróbuję Sulichnę w lesie podpatrzyć.

– Ale nie mów jej, że ja z tobą żem gadał…

– Głupi nie jestem, inne oczy za nią poślę. Idź już, bo mi nerwy szargasz. A! Rasek, staremu powiedź, żeby przylazł do mnie w kości pograć i o czasach dawnych powspominać.

– Pomnę mu.

Rasław pokłonił się raz jeszcze i wyszedł z chaty pustelniczej, która to dla tradycji obskurną być musiała.

Drogo czwórnik dopił, gnaty rozprostował, do spiżarki łeb wsadził, po zakamarkach ręką poszperał i małe zawiniątko wygrzebał. Potem rozsiadł się na trójnogu i materiał na stole rozłożył. W środku pakuneczku jajo leżało od kurzego nieco mniejsze, za to czarne jak węgiel najczystszy. Wołchw skorupkę natłukł, jajo wlał do kubeczka i miodem zalał: dla smaku, bo śmierdziało żółtko potwornie. Potem trochę jakiego zielska suszonego na wierzch pokruszył, paluchem wybełtał i jednym haustem wypił. Wykrzywił się strasznie, jakby świeżo rwany szczaw przeżuwał, i powieki zacisnął.

– Szlag by to, paskudztwo! – przeklął i oczy otworzył. Gałki jego taką samą czernią spłynęły, co skorupki na materiale odstawione.

***

Gaj niedaleko wsi Chojniki pachniał już młodym latem, gdyż spragniona, zziębnięta ziemia od wiosny ciepło łapczywie chłonęła, a w zamian żyzną glebą kwiecie wszelakie karmiła. Pomiędzy drzewami obrzuconymi dojrzałym listowiem rozchodziły się radosne krzyki poprzetykane chichotem i piskiem dziewczęcym. Las niósł te dźwięki, ale one, jakoby magią zniekształcone, płynnie w trel ptasi i buczenie bagienne przechodziły, przez to i uwagi niczyjej nie ściągały.

– Przestań! Zimna jeszcze!

– Ale ja gorąca. – Wan uderzyła w taflę i wyrwała z powierzchni tyle wody, co jakiś sum wiekowy, który rzucił się za kaczką.

Na Suli nawet skrawek suchy się nie ostał: całą ją wiedźma zalała i nie było co z koszuliny ratować.

– Nie chciała panna nura dać, to woda przyszła do panny! – zażartowała Wanguan i zanurkowała po sam nos.

– Tobie to zawsze ciepło, bo ci się włosy kopcą! – odpysknęła Suli, pokazała język i wyszła na brzeg.

Wcześniej namówić się dała, żeby chociaż stopy w oczku pomoczyć, ale wiedźma inny plan od początku miała i tylko wabiła Pomianową do sadzawki, żeby wodą po nos zalać.

Suli – w trochę udawanym gniewie – na łąkę wyszła, rozejrzała się dokoła i koszulę zmokłą zdjęła, żeby ją na witkach wierzbowych rozwiesić. Dwa chude ramionka objęły ją w pasie. Suli obróciła się gwałtownie i ustami na rubinowe wargi trafiła. Przylgnęła do nich, a potem Wiedźmę uśmiechem uraczyła, ale Wanguan dostrzegła, że Suli zarośla ukradkiem oczami czesze, podglądaczy upatruje.

– Mówiłam ci przecież… – Wiedźma włosy mokre z czoła Pomianowej czule odgarnęła i ciepłem magicznym nagie ciało osuszyła. – Nikt tu nie przyjdzie i przeszkadzać nam nie będzie.

– A skąd tyś taka pewna?

– Bo wiedźma jestem, to wiem przecież – oświadczyła Wan trochę żartobliwie i piersi Suli pogładziła.

Miły to był dotyk, bo Wiedźma piękna i delikatna była i to piękno delikatne w ruchy przelewała tak, że każde muśnięcie burzę zmysłów u Suli rozpętać potrafiło. Nie to, co Rasek: on brał, posiadał i odstawiał, jak skończył, a wiedźma… Ona dotykiem prosiła, nęciła zalotnie.

Popatrzyły po sobie i przylgnęły ciałem do ciała, jak pijawki gotowe wyssać się nawzajem. Dwie fale włosów przepięknych po gruncie się rozlały – wpierw słomiane, a potem ogniste – gdy, dłońmi splecione, obie kochanice na trawę zieloną upadły i tak przetoczyły się razy kilka, śmiejąc się wniebogłosy.

Krzaki zaszeleściły poruszone przez jakiegoś czmychającego zwierza, a Suli, jak ta wodnica płochliwa, natychmiast głowę z gleby poderwała i wzrokiem nerwowym między paprociami podglądacza szukać zaczęła.

– Mówiłam ci przecież: nikt nas tu nie znajdzie! – syknęła Wan i poirytowana już trochę zachowaniem Suli, za podbródek ją złapała, niby agresywnie, ale jednak miękko, i wzrok od krzaków odciągnęła.

– Ty możesz tak mówić… – oświadczyła Pomianowa smutno. – Tak ze spokojem w głosie, bo nie ty na boku baraszkujesz jak jakaś gamratka, co to wszystkich chłopów we wsi oblatuje, a potem chodzi okrakiem.

Suli, wysunęła się spod wiedźmich wdzięków, przysiadła pod drzewkiem i nogi pod brodę podkuliła, lękowi dając wyraz.

Wanguan westchnęła ciężko. Zachodziła w głowę, jak można własnej klatki się tak wiernie trzymać nawet wtedy, kiedy wierzeje stoją otworem. Z drugiej jednak strony, to serce czyste i dusza wdzięczna strasznie ją do Sulichny ciągnęły, fascynowały, furię w żyłach łagodziły.

Przysiadła obok i do ucha poczęła Pomianowej szeptać:

– A pamiętasz, żeby ci kiedyś we wsi o tym stawie kto mówił? – Suli pokręciła głową przecząco. – To dlatego, że to miejsce zaklęte jest, a oczom śmiertelnych nie jest dane cudów za życia dostrzec. – Wanguan zaczęła gładzić Pomianową po nodze, ciepłem i zapachem oplatać. – Chyba że ktoś im rąbka tajemnicy uchyli – dodała.

Suli spojrzała na nią z lekkim uśmiechem, jakby nadzieja drobna, ale uparta, z trudem wargi skamieniałe uniosła.

– Czy myślisz, że my kiedyś byśmy mogły tak… razem? W jednej chałupie?

– Co w jednej chałupie? Mieszkać?... Może… – Wan wzruszyła ramionami. – Ale mi do chałup się pchać nie śpieszno. No, chyba że do izby, pod bety – dodała i włosy rubinowe na kolanach Suli ułożyła.

Pomianowa na wiedźmę łypnęła, a Wan uśmiechnęła się: po części uroczo, po części drapieżnie.

– Ta! Między mnie, a chłopem moim się wciśnij, jak żmij rudawy – przedrzeźniała Suli.

– Obu wam w figlach podołam, a ten twój chłop to niebrzydki jest, możemy sobie barłóg w alkierzyku urządzić.

– Przestań! – Zaczerwieniła się Suli i w nos wiedźmę pstryknęła. – Ty to faktycznie przez czarty opętana! – Odwróciła się z twarzą

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych