Fantasy · 7 min czytania
Opowieść Bez Tytułu - Rozdział 1, czesc 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zbliżała się północ. Niski, młody mężczyzna z krótką, starannie przystrzyżoną brodą, tupał niecierpliwie nogą w bruk. Nie podobała mu się ta okolica - portowe doki nie były miejscem dla kogoś jego pokroju. Co parę chwil nerwowo sięgał do jednej z licznych kieszeni swojej ciężkiej szaty, by sprawdzić godzinę na małym, złotym zegarku. Malutka kropla wody rozbiła się o jego nos. - Nie dość, że się spóźnia, to jeszcze zaczyna padać... - wyszeptał sam do siebie, zakładając na głowę kapelusz o szerokim rondzie. Gdy jego kieszonkowy zegarek wskazał kwadrans po północy, zirytowany ruszył w kierunku głównego placu Nathyrfu, gdzie mieściła się gospoda w której nocował. Nagle zatrzymał się ze złośliwym uśmiechem na twarzy. Skręcił w mniejszą ulicę, wiodącą w głąb okołoportowych zabudowań. Złoży pośrednikowi niespodziewaną wizytę. Stawiał szybkie kroki, omijając - dopóki było to możliwe - powiększające się kałuże, aż stanął przed starym, wielkim murowanym domem. Choć z okien nie dobywało się światło i budynek wyglądał na opuszczony, mężczyzna wiedział, że obserwuje go conajmniej kilka par oczu, a wewnątrz wysokiego domu kwitły intrygi i drobny handel. Po chwili wahania wspiął się po kilku schodkach prowadzących do drzwi i zanim zdążył zastukać żelazną kołatką, odezwał się głos: - Czego tu szukasz o tak późnej porze? - Wpuść mnie - powiedział surowo niski człowiek. - Muszę się zobaczyć z Keliarem. Natychmiast. Nastała chwila ciszy. Moment później drzwi się otworzyły. W środku było gwarno, mnóstwo wątłych postaci siedziało przy stołach, pijąc, śmiejąc się i przechwalając. Prawie wszyscy wewnątrz byli ubrani w ciemne i praktyczne ubrania, toteż po chwili zebrani nieco ucichli, gdy zobaczyli bogato ubranego gościa, który czuł na sobie dziesiątki spojrzeń. - Cóż cię tutaj sprowadza, drogi Terrenthalu? Czyżbyś ponownie potrzebował usług moich ludzi? - ktoś odezwał się głośno. Wszystkie głowy odwróciły się w kierunku wysokiego człowieka, stojącego na schodach wiodących na wyższe poziomy budowli, do którego należał głos. Blond włosy sięgały mu do ramion, był ubrany w drogi, lecz niewątpliwie praktyczny strój. Biżuteria połyskiwała na jego dłoniach i szyi. Terrenthal, nie zwracając uwagi na pozostałych zgromadzonych, ruszył pewnym krokiem w kierunku schodów. - Myślę, że "twoi ludzie" nie są wystarczająco kompetentni, by powierzać im jakiekolwiek dalsze zadania - powiedział stanowczym tonem. - Jeden z nich albo wpadł, albo przywłaszczył sobie to, co zamówiłem. Za chwilę sam się przekonasz, Keliarze, jakich ludzi rekrutujesz w szeregi tej gildii! W sali rozległy się szepty. Ucichły, gdy mag wydobył z torby przerzuconej przez ramię kryształową kulę. Keliar wolnym krokiem zszedł na parter i stanął obok maga, który już umieścił magiczny kryształ na małym stojaku na stole. - Cóż, zatem pokaż nam zdradę! - rzekł ze śmiechem mistrz gildii. - To jakis absurd! Oskarżasz o złamanie zasad gildyjnych człowieka, który jeszcze nigdy nie zawiódł. Nie słuchając już słów Keliara, Terrenthal zaczął odprawiąc magiczne gesty i wypowiadać formułę czaru. Na powierzchni kryształu powoli formował się obraz. Ku zadowoleniu wszystkich obserwujących zajście złodziei i zdumieniu maga, kryształ spoczywał nie w kieszeni złodzieja, lecz na piersi jakiejś kobiety! Czarownik po chwili oddalił nieco obraz, by objąć widzeniem większy obszar. Dziewczyna była