Melodramat · 4 min czytania
Optymistyczna gorycz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
WIECZÓR WIGILIJNY
Najtrudniej jest mówić o sobie, prawda? Ale wiecie, co? Mam już dość milczenia i odważę się, możliwe, że pierwszy i ostatni raz w życiu, powiedzieć wam coś, co mi leży na sercu od tylu lat. Jak ja, kurwa, nienawidzę Świąt! Wiecie, kiedy byłam mała, wszystko było takie proste. „Mamo, co dostanę pod choinkę”? „Tato, długo jeszcze mam czekać na tę gwiazdkę, jestem głodna”? Po prostu sielanka. Ten zapach barszczu, karp, którego zawsze skrapiałam dużą ilością cytryny. Cudowne chwile spędzone w rodzinnym gronie. Mimo, że za oknem panował chłód, w domu było cieplej niż kiedykolwiek. I to nie z powodu wina, które tato specjalnie trzymał na tę okazję. Nie, to była miłość i beztroska. Aż tu pewnej chłodnej nocy TRACH! I nic już nie było proste. Nie powiem wam dokładnie, co się stało, bo do tej pory mam dziurę w pamięci. Ale... Przez cały czas nie opuszcza mnie krzyk taty, który mnie i mamę wyrwał z błogiego snu. „Ania, dzwoń na pogotowie! Nasz syn nie żyje!” Tlenek węgla, zabił go tlenek węgla. Mój braciszek uczył się do późnej nocy, wszyscy już spali, więc nie uratowaliśmy go w porę. Wiecie, jak to jest, gdy ma się nadzieję, pomimo, że nie ma ratunku? Tak patrzyłam na ciało tego niegdyś pełnego życia chłopaka i wiedziałam, po prostu wiedziałam, że on już umarł. Ale mimo to, miałam nadzieję, że zdarzy cię cud. Cudu nie było. Potem każdy dzień był przyzwyczajaniem się do bólu. Bólu, który towarzyszy mi po dziś dzień. Bólu, który jest większy w takie wieczory, jak ten. Kurwa, jak ja nienawidzę Świąt! Nienawidzę każdego ich momentu. A najbardziej ubierania choinki. Niby taka prosta…