Religia · 4 min czytania
Optymistyczne wizje Anety
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Moi drodzy, zebraliśmy się tutaj po to, by uczcić zmartwychwstanie naszego Pana Jezusa Chrystusa. On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba, by za sprawą Ducha Świętego przyjąć ciało z Maryi Dziewicy... I tak dalej.
- Mamo, mamo! Chcę cukierka! Mamo, mamo! Popatrz na tą śmieszną babę! Mamo, mamo! Ja chcę tego Jezuska z ołtarza! - Zamknij się! - syknęła Aneta. Irytuje się zawsze, kiedy mały swoim cienkim głosikiem wtóruje księdzu nawołującemu z ambony do wiary w niepodważalne dogmaty katolickie. Kiedy była mała, mówiono jej, że ma siedzieć, słuchać, nie wiercić się, bo pójdzie do piekła i zeżrą ją płonące diabły. Teraz przekazuje swą wiarę małemu, prowadząc go przed ołtarz, każąc klęczeć na zimnej kamiennej posadzce w kościele, kwitując te jego naiwne pytania swoim charakterystycznym syknięciem, bo uważa, że wiara musi trwać, przekazywana z ust do ust, z pokolenia na pokolenie. Aneta syczy zawsze, gdy coś jej nie pasuje. Syczała na urodzinach babki, kiedy mały za głośno śpiewał Sto lat, syczała, gdy jadła sernik z rodzynkami, których nie znosi, syczała, gdy musiała uczyć się matmy, syczała, gdy gruba baba wepchała się do kolejki po drożdżówki, a nawet kiedy gwałcił ją ten obleśny, spocony facet w parku. Aneta syczy bowiem codziennie, niektórzy myślą, że ma to we krwi, że jak biblijny wąż (a może żmija) sykiem namawia świat do grzechu. A ona chce tylko zbawiać ludzi i siebie, jak kazał jej kiedyś dobrodziej w konfesjonale, gdy po raz setny mówiła, że sprzedawała