Horror · 1 godz. 14 min czytania
Ostatnia wola
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
{i}„Obłąkaniec jest w mojej głowie Obłąkaniec jest w mojej głowie Ty wydobywasz ostrze, zmieniasz coś Próbujesz pomóc, póki jestem zdrowy
Zamykasz drzwi na klucz który wyrzucasz Ktoś siedzi w mojej głowie ale to nie ja”
Pink Floyd – „Brain Damage”{/i}
Niechże podzielę się chociaż z kartkami papieru opowieścią dziwaczną, której to było mi niemiłe stać się uczestnikiem, ba! Rzecze nawet więcej, owa historia trwa nadal, ale chyli się już ku ostatecznemu końcowi. Sam nie wiem po cóż postanowiłem wydarzenia mnie napotkane przedstawić za pomocą słów... Może żerując na głównym wątku prawdziwej historii, która mi się przydarzyła, a którą spisuje w chwili obecnej chcę zdobyć sławę jako pisarz gdyż do tej pory tegoż właśnie zawodu się imałem ze skutkiem słabym. Jedna z mych powieści wszak narobiła sporo – moim zdaniem – sztucznego zamieszania w kręgach literatury, ale po każdym kolejnym mym „dziele” krytyka suchej nitki zostawić nie raczyła. Prawdę powiedziawszy wątpię by kiedykolwiek ktoś zechciał po uprzednim razie zapoznania się z mym tworem literackim wrócić doń ponownie po czasie jakimś. Straszne, acz całkowicie prawdziwe...
Jednak historia, bo to przeto ona pierwsze skrzypce tu grać musi. Wszystko zaczęło się w mieszkaniu mym wyglądu dość mrocznego – ileż ja bym dał moje piękne by znów zagościć w twych skromnych, a zarazem przytulnych progach, z dala od miejsca w którym tej sekundy się znajduję. Jak już dane mi było zapisać, mieszkanie me było dość mroczne, okna bowiem zasłonięte miałem zawsze gdy brało mnie na myślenie nad powieścią mą następną. Pomieszczenie w którym przebywałem oświecał mały ognik z lampy naftowej leżącej na biurku w rogu pokoju... W tym samym miejscu stała moja wysłużona maszyna do pisania. Naprzeciw owej lampy, biurka i maszyny stała szafa po brzegi wypełniona książkami autorów przeróżnych. Na ścianie po stronie odwrotnej od drzwi me łoże spoczywało... Ach jak wiele razy było mi dane ułożyć się wygodnie na nim i spać do późnych godzin popołudniowych. Na środku pokoju stał zaś stół o blacie okrągłym na czterech nogach. Po obu jego stronach były fotele w obiciu skórzanym. W jednym z nich spoczywałem właśnie ja... Człowiek wiecznie niespełniony i wiedzy rządny. Zaciągałem się dymem z fajki patrząc ciągle tępo przed siebie i rozmyślając – nieistotne o czym. Z letargu zbudził mnie dopiero jakiś ruch, ruch który ujrzałem kątem oka w najciemniejszym kącie pokoju... Zrazu wzrok swój tam skierowałem i wypatrywałem. Cóż tam mogłem dojrzeć? Przeto sam w mieszkaniu przebywałem, a ruch owy nie mógł być niczym innym tylko przywidzeniem. Ale dalej wytrzeszczając oczy starałem się dopatrzyć – jak przypuszczałem - wytworu własnej wyobraźni. Dziwne to było zajście, gdyż począłem odczuwać coś na podobieństwo strachu ogarniającego całe me ciało. Na czole czułem pojawiające się kropelki potu – i bynajmniej nie z powodu duchoty panującej w pokoju. Ale dalej z uporem maniaka starałem się dostrzec ruch... Ciało moje zdrętwiało i pewno dalej trwało by w tym stanie gdyby do mych uszu nie dobiegł dźwięk który w owej chwili wydał się dla mnie przerażający. Niemal podskoczyłem na fotelu... Znów zagrzmiał złowieszczy stukot... Dobrze żem się zorientował, że puka ktoś do drzwi mych. Było to dla mnie czymś na rodzaj wybawienia z tej okropnej sceny pomimo tego, że gości się nie spodziewałem. Spokojnie podszedłem pod drzwi i otworzyłem je. Zań stał chudy i wysoki mężczyzna o twarzy na której widać było kości policzkowe – przedstawił się jako listonosz.
- Pan Edward Marson? – spytał donośnym głosem. - Tak... – odrzekłem bo w rzeczy samej tak się właśnie nazywam. - Przesyłka dla pana – powiedział listonosz i podał mi paczkę na której wierzchu leżał jeszcze list – Proszę podpisać... Złożyłem autograf w miejscu wskazanym przecz doręczyciela po czym podziękowałem i zamknąłem za nim drzwi, tym samym na nowo zostając samotny w swym mieszkaniu.
Znów rozsiadłem się w fotelu i delektując smakiem tytoniu zerknąłem na nadawcę tej niespodziewanej przesyłki. Jakież było moje zdziwienie gdy ujrzałem tam imię i nazwisko mego brata, którego nie widziałem już szmat czasu... Z niego był wieczny wędrowca, nigdzie nie zamieszkiwał na stałe, a co za tym szło? Nawiązanie z nim kontaktu należało do rzeczy trudnych nad wyraz... Znów zerknąłem na paczkę - cóż mogło być w środku? Rozerwałem kartonowe pudełko swymi suchymi dłońmi czemu towarzyszyło uczucie dreszczu przebiegające po całym ciele. Wyciągnąłem zeń jakąś książkę... Posiadała ona skórzane obicie – ciemno-brązowe. Jak się później okazało był to pamiętnik mego brata. Listonosz wraz z paczką przyniósł również list po którego rozpieczętowaniu i przeczytaniu na głos zamarłem i niemal nie udławiłem się porcją dymu zapełniającą me płuca...
{i} „Uprzejmie prosi się pana Edwarda Marsona, brata Marcusa Marsona o stawienie się u adwokata Rustina Blacka w celu odczytania testamentu spisanego przez wymienionego wcześniej Marcusa.” {/i}
Był to wszak tylko fragment listu z którego dalszej części wynikało, iż mój brat odszedł z tego świata i został pochowany tydzień temu w małym miasteczku House Sun, którego to od jakiegoś czasu był mieszkańcem. Z listu wynikała rzecz przerażająca... Postępująca choroba psychiczna mego brata nie dawała mu żyć, a on sam w przypływie rozpaczy poderżnął sobie gardło w swym gabinecie. Czytając te słowa ogarnął mnie smutek którego nie da się z powodzeniem i z równym środkiem wyrazu opisać na papierze. Poprawiłem okulary o szkłach w kształcie okręgów ciągle spoczywające na moim nosie i na nowo zatonąłem w zadumie. Nie wierzyłem w to co zostało zapisane w liście. Znałem swego brata, wychowywaliśmy się razem... Żyliśmy w rodzinie jak najbardziej kochającej, a Marcus nigdy nie przejawiał jakichkolwiek oznak choroby psychicznej, a ta przecież nie rodzi się od tak sobie w ciągu dnia jednego.
Część 22 / 6
Wieczoru tego – a zegar wydzwonił godzinę ósmą – wiele myślałem. Nachodziły mnie głównie wspomnienia z lat gdy jeszcze jako młodzi chłopcy żyliśmy w jednym domu z świętej pamięci rodzicami. Nie potrafiłem dać wiary, że on sam wydał na siebie ten okrutny wyrok, już prędzej przychyliłbym się do stwierdzenia, iż samobójstwo było upozorowane. Być może brat mój z którym nie kontaktowałem się przez miesiące długie dorobił się jakiegoś wroga mogącego dopuścić się tego haniebnego czynu... W każdym bądź razie postanowiłem, że będąc w House Sun do którego udać i tak się musiałem powęszę trochę i spróbuje ustalić prawdziwą przyczynę zbrodni – jeśli prawdziwą nie było by samobójstwo. Wyrwałem się z wiru myśli mój umysł zaśmiecających i od razu przystąpiłem do realizowania mych zamiarów. W kilka minut później byłem już spakowany na pobyt tygodnia czasu, a następnego dnia z samego rana byłem już w podróży.
Drogę do House Sun spędziłem w dorożce zaprzężonej w dwa konie, której woźnicą był człowiek o wąsach długości niekrótkiej. Sam zaś spoczywałem w małym, ciasnym pokoiku z koloru brązowego obiciami i co raz spoglądałem na wciąż zmieniający się krajobraz za oknem również nie dużym. Minuty którejś przypomniałem sobie o pamiętniku, z którego treścią postanowiłem się zapoznać właśnie teraz – by długą i męczącą podróż jakoś „umilić”. W tej samej chwili do mej głowy doszedł również inny istotny fakt, mianowicie... Pamiętnik został wysłany przez mojego nieżyjącego już brata, a co za tym idzie Marcus musiał wysłać go jeszcze przed swoją śmiercią. Chociaż czytając kolejne strony jego zapisków powoli przestawałem w to wierzyć...
W pamiętniku Marcus zapisywał dziwne nie tyle zajścia co raczej wizje... Sam pisał o nich jak o czymś w co dać wiary nie potrafił. Ponoć widywał zjawy przechadzające się ciemnymi korytarzami jego niemałej posiadłości, a której mury powinienem ujrzeć po dojeździe do House Sun. Sam z resztą napisał: „W tym domu dzieje się coś dziwnego.”. Dlaczegóż nie uciekł? Dlaczego dalej trwał w tym pomylonym świecie stworzonym przez ten dom? Może przebywał w więzieniu... nie tyle domostwa co własnego umysłu. Pisał o poruszających się przedmiotach, zjawach, znikających drzwiach, ożywających postaciach z obrazów – czytając kolejne akapity jego pamiętnika, aż włosy jeżyły mi się na karku! Na początku nie chciałem w to wierzyć, ale choroba psychiczna Marcusa była faktem niezaprzeczalnym, jeśli wierzyć jego słowom:
{i} „Szaleństwo powoli lecz konsekwentnie wkradało się tylnymi drzwiami do mego umysłu. Czuję, że coś siedzi w mojej głowie, ale to nie ja. Krocze po tej pomylonej ścieżce błądząc pomiędzy światem realnym, a tymi obrazami tworzonymi przez me obłąkanie.” {/i}
Z tego co tu przeczytałem brat mój sam był świadom swego szaleństwa, którego pierwsze oznaki pojawiły się gdy zamieszkał w tej ciągle wspominanej w zapiskach posiadłości. To najprawdopodobniej ona doprowadziła go do tego stanu, tylko w jaki sposób? Tego za wszelką cenę musiałem się dowiedzieć.
Czytając pamiętnik coraz bardziej zagłębiałem się w sprawę śmierci Marcusa. Nawet nie spostrzegłem gdy ta okropna historia całkowicie pochłonęła mój umysł. Nie myślałem o niczym innym, za wszelką cenę chciałem dociec prawdy prowadzącej do rozwiązania zagadki samobójstwa Marcusa. Był to początek mojego szaleństwa...
Domostwo od czasu dość długiego było zamieszkiwane przez jednego mieszkańca... mego brata. Służba widząc dziwaczne zachowanie Marcusa w trosce o własny byt zrezygnowała z posady. Brat mój nocy dość zimnej wpadł w szał i począł niszczyć szpadą - wiszącą uprzednio na ścianie - obrazy raniąc przy tym sprzątaczkę, był to główny pretekst przy zwalnianiu się jego służby. Wszak mnie najbardziej zainteresowała ostatnia zapisana strona pamiętnika, widać było iż słowa na niej zostawione były tworzone w ogromnym pośpiechu... Mowa była o jakiejś istocie, zjawie, która go nawiedzała. Ostatnie zdania brzmiały tak:
{i} „Dzień w dzień istota ta szuka mnie, po całym mym domostwie. Dziś też słyszałem jej kroki, a raczej trzeszczenie podłogi będące coraz głośniejszym. Nie potrafię wytrzymać tego szaleństwa! Obłąkanie dostało mnie w swe przerażające szpony! Żyć, nie chcę już żyć! Kroki! Słyszę kroki! Zbliża się, to ona... Zjawa! Niechże w mrokach piekielnego jej dusza zczeźnie! Drzwi... Otworzyły się...” {/i}
Część 33 / 6
W tym momencie kończy się pamiętnik. Pod słowami przeze mnie przedstawionymi widnieje duża czerwona kreska, jakby koloru krwi. Ogólnie wyglądał ona jakby posoka chlusnęła na kartkę... Boże wielki! On w tym momencie poderżną sobie gardło! Przyłożył ostrze do szyi i zatopił je w swym ciele jednym szybkim ruchem!
Myśl wszakże była to przerażająca i przez kilka długich chwil trzymała mnie w swej potędze... Po zaledwie minucie wróciłem do siebie z zupełnie nowym faktem, który nie tyle mnie zaintrygował, co ogłuszył na wszelkie racjonalne wyjaśnienia. Jak paczka została wysłana skoro mój brat się zabił nad jeszcze otwartym na ostatniej zapisanej stronie pamiętnikiem? Wszak nie w obowiązkach policji jest jego wysłanie do rodziny ofiary, a służba opuściła dom szmat czasu wcześniej! Całe szczęście, że zabrałem ze sobą papier którym był owinięty pamiętnik w dniu w którym go dostałem, ponieważ odnalazłem kolejne dziwactwo, mianowicie... Gołym okiem można odnaleźć znaczącą różnicę w stylu pisma mojego brata z pamiętnika od tego którym zapisał nadawca na paczce mój adres. Ponadto atrament na doniesionej przez listonosza przesyłce był koloru kreski pod ostatnimi zdaniami z pamiętnika – w tej chwili nie dopuściłem do mózgu myśli, iż ów czerwony atrament jest niczym innym jak krwią mego brata. Czyżby Marcus konając zdążył zapisać adres do mojego mieszkania piórem maczanym we własnej posoce, włożyć pamiętnik do paczki, pójść na pocztę i wysłać go? Ha! W tej chwili mogło wydawać się to śmieszne, ale ja specjalnych powodów do śmiechu nie miałem.
{b}- Dzień pierwszy – {/b}
Po trwającej niemalże dwa dni podróży dotarłem wreszcie do House Sun. Jakże jest to melancholijna i ponura okolica. Gdzie nie spojrzeć szarość dominowała ponad inne barwy tego świata. Droga była tu kamienna, a co za tym idzie bardzo wyboista. Gdy wyszedłem z dorożki od razu wdepnąłem w jakąś kałużę z brudną wodą. Z szarego i pochmurnego nieba spadał zimny a jednakowoż bardzo drobny deszcz. Ludzie chodzili w czarnych płaszczach i równie ciemnych kapeluszach jakby okrutna żałoba zagościła w ich sercach. Brudne tynki odpadały od budowli... Nagie drzewa, pozbawione liści korony drzew straszyły swym ponurym widokiem nowo przybyłych. Może wiosną, może wiosną – a uwieczniana przeze mnie historia ma swe miejsce późną jesienią – jest tu sympatyczniej. Gdybym wpadł w depresję właśnie w tym miejscu nie sądzę, by ma krucha egzystencja potrwała jeszcze długo.
Dorożkarz wysadził mnie przy budynku w którym swą siedzibę ma adwokat mego brata, niejaki pan Rustin Black. Uściskiem dłoni pożegnałem się z towarzyszem mej podróży, poprawiłem jeszcze okulary i chwyciłem swój bagaż w którego skład wchodziła jedna torba z ubraniami i mały kuferek po czym ruszyłem w kierunku drzwi wejściowych. Wkroczyłem do wnętrza budynku i od razu znalazłem się w ogarniętym półmrokiem pomieszczeniu. Bagaż swój odłożyłem zaraz przy drzwiach, które zamykając się przeraźliwie piszczały. Zrobiłem krok w przód i położyłem podeszwę buta na desce będącej częścią podłogi. Ta zawyła jakbym ważył co najmniej trzy razy tyle ile w rzeczywistości kilogramów posiadam. Dźwięk ten wprawił mnie w niemałe zatrwożenie. W świetle wpadającym do pomieszczenia przez szpary w okiennicach widać było unoszące się w powietrzu drobinki kurzu. Szybko ujrzałem świecę stojącą na biurku na którego blacie spoczywało wiele książek, papierów i kopert. Czyżby nikogo tu nie było? Znów ogarnęło mnie to uczucie którego doznałem jeszcze w mym mieszkaniu – uczucie strachu. Z mego gardła wydobyło się to jedno słowo które nawet przy zachrypniętym głosie brzmi rozpoznawalnie... - Halo! Do mych uszu doszło skrzypienie podłogi, kroki... A chwilę później jakby chrząknięcie. - Jest tu kto na miłość Boską?! – zmusiłem się do wykrzyknięcia całego zdania. W tej chwili jakby wszystko ucichło, słyszałem jeno swój oddech i bicie swojego serca. Nagle – ku mojemu przerażeniu – zza sterty ksiąg wychyliła się głowa, ludzka głowa, jakby od korpusu oddzielona, ale to było tylko złudzenie. Swe oblicze ukazał mi Rustin Black, adwokat mego brata. Był to człowiek w wieku średnim. Na nosie miał okulary, a na głowie wyłysiałe czoło i przednią część czaszki, tylnią zaś zdobiły czarne – pomieszane z siwymi – włosy. Pod nosem miał drobny wąsik... - W czym mogę pomóc? – spytał z wyczuwalnym szczęściem i podnieceniem w głosie. - Jestem Edward Marson, brat Marcusa. Przyjechałem odczytać testament. - Ach tak! – niemal wrzasnął ze szczęścia Black – Mam tu gdzieś ostatnią wolę pańskiego brata. Po tych słowach głowa Rustina znikła w stercie ksiąg i kartek wracając po chwili z kopertą w ręce. - Ma pan odczytać testament w samotności, tak nakazał pan Marson. - Spotkali się panowie? – spytałem mając nadzieję na dowiedzenie się paru istotnych szczegółów z zachowania Marcusa. - Ależ nie! – zaparł się adwokat – Pan Marson był dziwnym człowiekiem. Większość ludzi się go bała, tak z resztą jak i ja. Nie wiem czy dobrze czynię mówiąc o tym panu... - Myślę, że prawda mi się należy... - O testamencie powiadomił mnie listownie. - w mej głowie momentalnie pojawiła się myśl. - Czy mógłby pan mi pokazać ten list? - Jeśli go znajdę... – i Black znów zanurkował w stosie kopert i kartek po chwili się wynurzając – Proszę... – podał mi list na którym słowa zapisane były znów tym czerwonym i nie dającym mi chwili wytchnienia atramentem. - Mogę zatrzymać? – spytałem poruszając kartką dzierżoną w ręku. - Ależ oczywiście! – odrzekł adwokat – To strasznie niemiła pamiątka! - Gdzie mogę odczytać testament? – spytałem Blacka, który zaraz zaprowadził mnie do małego pokoiku w którym znajdował się stolik, krzesło i ozdobiona w jasny płomyk świeczka.
Czytając testament nie wyczuwałem w nim żadnych emocji, jakby był pismem urzędowym. Znałem przeto Marcusa i widziałem, że on nawet z ogłoszenia zrobiłby najwspanialszą i najwznioślejszą poezję! Brat zapisał wszystko co należało do niego w tym mieście mi. Ziemię jego, dom z całą zawartością... Ale z drugiej strony komu miał to wszystko zostawić? Nie mieliśmy żadnej bliższej rodziny – rodzice zmarli jakiś czas już temu, żona moja... Nie, nie chcę teraz o niej pisać. Wspomnienia należą do tych uczuć, które winno przywracać się tylko gdy naprawdę ich potrzeba – nigdy.
- Panie Black! – krzyknąłem, a ten zaraz się zjawił – Miałbym do pana wielką prośbę.... - Ależ słucham? - Czy mógłby pan zaprowadzić mnie do posiadłości, o której pisze Marcus? W tym momencie wesoła twarz adwokata spochmurniała, jakby przed sekundą dowiedział się o śmierci wszystkich swoich bliskich... Dziwna była to reakcja nawet jak na człowieka takiego jak Black. - Zaprowadzę pana – powiedział bez przekonania – Ale; broń mnie Boże; przed wejściem na teren posiadłości. Ach – stęknął Rustin – muszę pana uprzedzić, iż jest to miejsce bardzo dziwne. Jestem dorosłym człowiekiem i nie wypada mi mówić o rzeczach niestworzonych, jednak na pana miejscu miałbym się na baczności. Musi pan również wiedzieć, że nie tylko tragiczna historia Marcusa jest powiązana z tą budowlą... Nie mam jednak zamiaru teraz o tym mówić. Legendy są tylko legendami, nigdy nie wiadomo, ile w nich prawdy, są czasami legendy, które tylko takim mianem zostały ochrzczone, a w rzeczywistości są niczym innym jak historiami.
Kiedyś matka opowiedziała mi legendę o strasznym potworze przychodzącym nocą po nie chcące spać i niegrzeczne dzieci. Myślałem, że to tylko bajeczka, ale dnia któregoś wydarzyło się coś co zmieniło mój pogląd na takie historie... Leżałem w łóżku stojącym dokładnie naprzeciwko okna, za którym nie było nic prócz ciemności. Gdy tylko spojrzałem przed siebie widziałem te nieprzeniknione żadnym światłem mroki. Noc tą zamierzałem spędzić na wszystkim prócz spania – byłem małym chłopcem w sile lat dziesięciu, jeśli dobrze pamiętam. W pewniej chwili okno otworzyło się z ogromną szybkością i uderzyło o ścianę, a wiatr porwał niemal pod sufit firankę. Usłyszałem trzeszczenie suchych gałązek... kroki. Zerwałem się szybko z łóżka i chwyciłem okno za klamkę zamykając je szybko. W koło była ciemność... Podstawiłem sobie taboret by zobaczyć cóż mogło być w tej ciemności. Powoli przybliżyłem twarz do szyby i przyłożyłem doń nos. Wyostrzyłem wzrok by dojrzeć cokolwiek, gdy nagle w okno uderzył but... Mój but, który zostawiałem zawsze przed wejściem do domu. Z szybkością błyskawicy zeskoczyłem z taboretu i wskoczyłem pod pierzynę, wychyliwszy z pod niej jedynie oczy, ujrzałem jak coś... Coś patrzyło do wnętrza pokoju przez szybę w oknie.... Dziecko jednak dorosło, a zajście owo uważam jedynie za koszmar małego chłopczyka.
Część 44 / 6
Rustin ubrawszy płaszcz wyszedł z budynku zaraz za mną. Pokonując niedługą drogę do budynku brata mego rozmawialiśmy. - Kto znalazł mojego brata? – spytałem niespodziewanie Blacka. - I to również jest dziwna historia. Jeden z mieszkańców wracał późną nocą z pola. Tak się złożyło, że musiał przejść obok tego domu. Gdy był już naprzeciwko bramy wejściowej na posesję usłyszał dobiegający z oddali kobiecy krzyk. Wypada mi mówić prawdę, więc ją też wypowiem. Wszyscy bali się pańskiego brata i wiedzieli, że z jego racjonalnym myśleniem jest coś nie tak... Tak więc mieszkaniec owy – Nigel się nazywa – pomyślał, że Marcus porwał jakąś kobietę i chce ją zabić, wbiegł więc na teren budowli i widząc jakąś postać kątem oka na pierwszym piętrze wbiegł do budynku... W środku było ciemno. Nigel wbiegł schodami na górę, później słysząc, iż ktoś krzyczy z piętra trzeciego wbiegł jeszcze wyżej. Zauważył jeszcze fragment sukni wolno wpełzający do gabinetu pańskiego brata, chwilę później było słuchać już tylko krzyk... Coś w stylu: „Odejdź!” i Nigel wbiegł do pokoju, w którym ujrzał zwłoki pańskiego brata. Wybiegł szybko z domostwa i pognał na policje... Jest jeszcze coś, co ciągle powtarzał w zeznaniach... To dziwne uczucie, że ktoś lub coś chce pochwycić go za bark i oddech na plecach, czuł oddech.
Przyjeżdżając do House Sun miałem zamiar jedynie odczytać testament i dowiedzieć się czegoś więcej o śmierci mego brata i myślę, że powoli docieram do sedna sprawy... Mity, którymi otaczany jest dom Marcusa dają mi wyraźnie do zrozumienia, że to właśnie to domostwo jest odpowiedzialne za jego chorobę... Pytanie tylko w jaki sposób?
- Da mi pan adres tego Nigela? Black wyciągnął z walizki zabranej ze sobą kartkę z nazwiskami i zapisał coś na małym skrawku innej po czym owy kawałeczek oderwał i wręczył mi. - No – rzekł drżącym głosem – Jesteśmy... – i wskazał palcem na budynek.
Spojrzałem na teraz już moje domostwo. Ach jakiż ucisk na me serce wywołał ten pełen trwogi widok. Smutek... Myślę, że to właśnie słowo najlepiej oddaje uczucia jakiś doświadcza człowiek widząc ten posępny budynek. Melancholia... Wiekowy tynk zszarzał, miejscami odpadał odsłaniając nagie czerwone cegły jakoby miejsca owe były ranami z których płynęła niezakrzepła krew. Stare i nadgniłe okiennice ledwo trzymały się zardzewiałych zawiasów. Zza okien nie biło nic poza nieprzeniknioną niczym, nieskalaną światłem ciemnością – można by rzec, iż ciemnością doskonałą. Budynek owy liczył sobie trzy piętra i piwnicę.... W koło ozdabiały go natomiast pozbawione liści drzewa, a raczej badyle je imitujące. Na początku rudera ta wywołała w moim sercu smutek, ale zaraz zorientowałem się, że rozpaczać nad nią to tak jakby rozpaczać nad seryjnym mordercą mówiąc: „Jakiż on biedny, zabił tylu ludzi. Cóż może teraz czuć biedaczyna?” – chociaż nie wiem czy to porównanie nie jest zbyt brutalne... W każdym bądź razie teraz ten budynek nie był w mych oczach przepełniony smutkiem, a raczej odrazą!
Chciałem jeszcze spytać o coś Blacka, ale ten zdążył wymknąć się gdzieś niepostrzeżenie... Gdziekolwiek było słońce chyliło się ku zajściu pozostawiając niebo kolejnemu świecącemu ciału niebieskiemu – księżycowi. Sam zaś chwyciłem swój bagaż i ruszyłem ścieżką wyłożoną kamieniami wchodząc tym samym na teren posesji mojego brata... to znaczy, na teren mojej posesji. Podszedłem pod drewniane schody prowadzące na taras z którego można było dostać się do wnętrza olbrzymiego budynku. Gdy tylko położyłem podeszwę buta na pierwszym stopniu deska wrzasnęła niczym człowiek we wrzątku kąpany... Bałem się by drewno w wieku podeszłym nie pękło pod mym ciężarem toteż szedłem powoli i ostrożnie. Gdy znalazłem się już pod drzwiami przypomniałem sobie, że... Nie wziąłem od Blacka kluczyków – jeśli w ogóle je posiadał. Ha! Gdybym wtedy od niechcenia nie pociągnął za klamkę pewno jeszcze z godzina minęła by nim dostałbym się do tego przeklętego budynku. Okazało się bowiem, że drzwi były otwarte – z drugiej jednak strony nie zdziwiło mnie to zbytnio... Ten paskudny dom jest otoczony tyloma legendami, że nawet najodważniejszy ze złodziejskiego fachu nie zakradałbym się tu w dzień, a już na pewno nocą! Gdy tylko otworzyłem drzwi uderzył we mnie fetor zgnilizny i pleśni, a przy tym jeszcze ten kurz szczypiący w oczy niemiłosiernie... Kilogramy kurzu - Podobno dziewięćdziesiąt procent tegoż pyłku w domu bierze się z łuszczącej ludzkiej skóry, ale na miłość boską, gdzie tu są ludzie?
- U diabła! – krzyknąłem – Cóż to za rudera? Wnętrze posiadłości wcale lepsze nie było od wyglądu zewnętrznego – wręcz przeciwnie. Olbrzymie grzyby na ścianach przedpokoju raziły oczy ludzkie i od razu się w nie rzucały. Okna tak brudne, że aż światło bało się do nich zbliżać nie mówiąc już o przezeń przechodzeniu. Meble wytworne... kiedyś były. Szkoda czasu na dokładne opisywanie tego widoku... szkoda czasu nad dobieraniem odpowiednich słów, które jak zaklęte nie odnajdują drogi do mego umysłu. Piszę kolejne zdania, ale przybywa ich w tempie zastraszająco wolnym... Można nadszedł czas by skończyć? Nie, skoro już zacząłem – przedstawienie musi trwać!
Moim tymczasowym lokum – gdyż na długo w tym odpychającym domostwie zostać nie zamierzałem – stał się pokój na drugim piętrze... Pokój? Komnata była to rozmiarów dość pokaźnych! Mniej więcej na środku lewej od wejścia ściany stało łoże z kotarami koloru bordowego. Pozbyć się wszak musiałem tego paskudnego kurzu - który wszędzie był mi za towarzysza - z pościeli, ale czasu mi to zbyt wiele nie zajęło. Po prawej stronie owego łoża stała mała szafeczka, w rogu zaś ogromna szafa w której wnętrzu wywiesiłem swe szaty na wieszakach. Tego dnia nie pozostało mi już nic innego jak położyć się i spać, gdyż podróż i przygody dnia dzisiejszego wyczerpały mnie okrutnie.
Trzymając w ręku świecę z knotem palącym się podszedłem jeszcze pod okno naprzeciw drzwi wejściowych do komnaty. Na zewnątrz było ciemno, ale księżyc dzielnie walczył o prym na niebie z chmurami i co jakiś czas wyglądał zza nich właśnie. Z zewnątrz na pewno wyglądałem jak zjawa stojąca w oknie... Z resztą na pewno każdy kto spojrzał w stronę mego domostwa ujrzał mą ciemną sylwetkę... Wszak było to jedyne okno z którego miast ciemności biło – słabe bo słabe - światło. Sam zaś obserwowałem miasto – House Sun. Budynek w którym aktualnie przybywałem położony jest nieco na uboczu tej mieściny, ale to właśnie jego paskudne oblicze było najbardziej zauważalne. Domostwo zostało wybudowane na małym wzniesieniu, dzięki czemu mogło spoglądać na House Sun i obserwować jego mieszkańców z góry. Każdy zakątek był widoczny, każda alejka... Dom niczym wścibska staruszka wiedział o wszystkim co się w mieście działo, gdzie by nie pójść ujrzy się dziesiątki jego ciekawskich oczu. Jednak czy tylko obserwuje? Może czyni coś więcej – Uczy się... A gdy pozna wszystkie ludzkie sekrety zacznie ingerować w nasze życie... Na razie czyni to tylko na „swoim” terenie. Wpłynął na życie Marcusa, a raczej na jego psychikę! Być może nauczył się tworzyć obrazy – tak jak człowiek – ale jego obrazy są „żywe” dla tego który je widzi... Niemalże doskonałe. Na miłość boską, co też ja plotę! Piszę o tym budynku jak o istocie... Tak, jak o istocie. To już największy dowód, że ten dom potrafi wpływać na zdrowy rozsądek człowieka... Coś w nim jest, coś co wywołuje złudzenie życia. Wtem przypomniały mi się słowa zapisane przez mego brata, brata który zapadł w wieczny sen, w sen w który sam się wprowadził:
Część 55 / 6
{i} „Szaleństwo powoli lecz konsekwentnie wkradało się tylnymi drzwiami do mego umysłu. Czuję, że coś siedzi w mojej głowie, ale to nie ja. Krocze po tej pomylonej ścieżce błądząc pomiędzy światem realnym, a tymi obrazami tworzonymi przez me obłąkanie.” {/i}
- Zbierają się ciemne chmury, – Rzekłem sam do siebie – niedługo zacznie się prawdziwa burza... Sens mych słów nie miał jednak znaczenia dosłownego, sam nie wiem dlaczego je wypowiedziałem. - Prawdziwa burza... – Powtórzyło echo. - Marcusie! – krzyknąłem rozpaczliwie w myślach – Dlaczego do diabła to zrobiłeś?!
Księżyc poległ w swej odwiecznej walce. Pokonały go czarne jak węgiel chmury. Patrzyłem ciągle na miasto. Niebo nad nim co chwila jaśniało zwiastując nadciągającą burze. W jednej sekundzie mej egzystencji ujrzałem długo błyskawicę, która podzieliła House Sun na dwie połowy, a przynajmniej tak to wyglądało. Do miasta zawitał nowy gość – Burza.
{b}- Dzień drugi –{/b}
Pierwsza noc spędzona w tym okropnym domu i pierwszy koszmar... Śnił mi się Marcus, a raczej „nowy” Marcus – blady niczym kartka papieru, zgarbiony, najbardziej jednak przerażały mnie jego oczy. Wpatrywał się nimi we mnie... Ślepie pełne szaleństwa, nieobliczalne. Bałem się, naprawdę się bałem własnego brata. Cóż więc mogły czynić osoby go nie znające? Tak jak służba – uciekać. W mym śnie ciągle obserwowałem Marcusa błąkającego się po domostwie, szukającego czegoś bezskutecznie. Może szukał ucieczki... Ucieczki przed własny szaleństwem. Wiele razy słyszałem, że obłąkany człowiek może pozbyć się swego szaleństwa odnajdując jego przyczynę... Tego chyba właśnie szukał obłąkany Marcus. Czegoś co było by kluczem do wypuszczenia na wolność uwięzionego zdrowego rozsądku. Nawet szaleniec podświadomie pragnie stać się normalnym. Przebudziłem się gdy już świtało, ze snu nie wytrąciła mnie nawet burza szalejąca nocą. Tego dnia zamierzałem rozejrzeć się po posiadłości w poszukiwaniu czegoś... No właśnie, niczym ten szaleniec, szukałem czegoś podświadomie.
Wpierw parter, gdyż piwnicę postanowiłem zostawić jednak w spokoju – a przynajmniej na razie. Podróżując po kolejnych komnatach ogarniętych półmrokiem spotykałem cudowne antyczne meble z drewna dębowego; obrazy które na pewno sporo warte były; łoża niczym dla królów; naczynia godne najważniejszych osobistości; wspaniałe ręcznie rzeźbione posążki; lustra w wspaniałych oprawach koloru złocistego; fortepian... Wszystko to było piękne, ale również miało w sobie coś dziwnego... Wszystkie te przedmioty skrywały w sobie jakąś okrutną tajemnicę. Groza biła od nich niczym ciepło od ognia. W między czasie zastanawiałem się gdzie też Marcus pracował, że kupił tak olbrzymie domostwo z tymi wszystkimi przedmiotami, toż warte to jest majątek. Brat mój wszak nigdy biedy nie klepał, był człowiekiem zamożnym, ale musiał wydać chyba wszystkie swoje oszczędności na tą posiadłość... Ten sekret jednak pozostanie nieujawniony po wsze czasy.
Otwierając jedne z setek drzwi natrafiłem na pokój bez okien, ciemność panowała tam niepodzielnie. Nie rozumiem teraz swego zachowania – a może właśnie teraz doskonale rozumiem – dlaczego tam nie wszedłem. Gdy tak stałem przed tymi mrokami przypomniałem sobie wpis z marcusowego pamiętnika:
{i} „Mówił coś do mnie, ale miast wsłuchiwać się w sens jego słów patrzyłem, ale nie na niego. Raczej w ciemność pokoju poza nim. Ujrzałem tam ruch. Wyostrzając wzrok chcąc dojrzeć jego przyczynę niemal zamarłem, a wszystkie me mięśnie objęło nagłe odrętwienie. W tej chwili z ciemności wyłoniło się coś... Potwór!!! Stworzenie jakiego obawiały by się nawet piekielne czeluści. Jego olbrzymie szpony pochwyciły mego niczego nie podejrzewającego, acz nieco zdziwionego mymi wytrzeszczonymi i przerażonymi oczyma rozmówcę za głowę i wciągnęły jego ciało w głąb tej czerni, w głąb ciemności za nim jakoby był szmacianą lalką. Przez następne trzy godziny trwałem w bezruchu i milczeniu łykając powietrze tylko wtedy, gdy było to już naprawdę niezbędne, a mój bezdech nie do wytrzymania. Umysł mój sponiewierany już przez wydarzenia mające miejsce przez ostatnie czasy trwał w przerażeniu, a serce łopotało w klatce piersiowej jakby chciało się uwolnić z jej wnętrza.” {/i}
Część 66 / 6
Od tej chwili bałem się ciemności zamieszkującej ten dom, ale czymże jest ciemność jeśli nie jasnością pozbawioną światła? Ha! W takim razie jasność jest niczym innym jak pozbawioną mroków ciemnością. W czym jest więcej prawdy. Jasność jest ciemnością, czy ciemność jasnością? Za każdym razem gdy wchodziłem w jakiś cień wmawiałem sobie, że jestem w jasności pozbawionej jasności, a w rzeczywistości byłem w niczym innym jak w ciemności. Paplam niczym filozof pozbawiony piątej klepki... Ale czy kogoś takiego można nazwać filozofem? Według mnie to nie filozofia, ale zwyczajna głupota, a człowiek ową głupotę wygłaszający nie jest myślicielem jeno wariatem. Jasność jest jasnością, a ciemność ciemnością do diabła i temu nikt nie zaprzeczy!
Podróżując po tym olbrzymim domostwie ciągle towarzyszyły mi skrzypienia podłogi, czasem wydawało mi się, że to nie moje kroki wywołują ten przeraźliwy pisk. Nie tylko podłoga była niezadowolona z mej wędrówki. Bez przerwy słyszałem... coś – to właśnie jest najodpowiedniejsze słowo. Czułem również zaniepokojenie, czułem jakby coś na mnie bez przerwy spoglądało... Czyjś oddech na mych plecach. Jednak powoli i konsekwentnie brnąłem dalej i oglądałem kolejne pokoje, aż zawędrowałem na piętro pierwsze. To co ujrzałem na początku mnie przeraziło... Trwałem w bezruchu na korytarzu – jak go Marcus nazwał – „Z żyjącymi obrazami”. Teraz jednak owe dzieła do najszczęśliwszych nie należały, były poszatkowane niczym kapusta w jakiejś drobno posiekanej sałatce. Kawałki płótna leżały na podłodze i nie dawały żadnego znaku życia – napisałem to zdanie jako ironię. W rogu korytarza leżała szpada o złotej rączce, na ostrzu była zastygła krew.
{i} „Idąc razu któregoś korytarzem piętra pierwszego czułem przytłoczenie, jakby tysiące ciekawskich oczu w jednej chwili obrzuciło mnie swym natrętnym spojrzeniem. Wszak w rzeczy samej tak właśnie było! Szedłem korytarzem na którego obydwu ścianach wisiały dziesiątki obrazów. Portrety... W większości właśnie one. Postacie do nich pozujące, a które ostatnie tchnienie wydały już dziesiątki, a nawet setki lat temu jakby nagle ożyły... Robiąc kolejne kroki w kierunku schodów na górne piętro wydawało mi się, że kroczę korytarzem, którego końca posiąść się nie da, stawał się on bowiem coraz dłuższy! Nieznośnie zaschło mi w gardle, a w umyśle na nowo zagościło to dobrze znane mi uczucie – przerażenie. Rozglądnąłem się dookoła. Teraz widziałem doskonale. Oni wszyscy mrugali powiekami. Dziesiątki osób w całym korytarzu obserwowało mnie zza ramek obrazów, co chwila mrużąc powieki. Widziałem ich źrenice wpatrzone we mnie, białka... Nie mogąc wytrzymać tego nacisku na moją prywatność pochwyciłem w dłonie szpadę wiszącą również na ścianie i jej błyszczącym w tym półmroku ostrzem począłem po kolei szatkować obrazy. Jeden po drugim, twarz po twarzy. By tylko na nieskończone wieki zamknąć ich napastliwe oczy. Ogarnięty przypływem gniewu pomieszanego z szaleństwem nie zauważyłem sprzątaczki, która nie wiem kiedy pojawiła się na korytarzu tym samy w furii jaka ogarnęła me ciało raniłem ją dotkliwie...” {/i}
To są słowa Marcusa. Czułem się nieco dziwnie tkwiąc w korytarzu z poniszczonymi obrazami wiedziałem bowiem, że to właśnie Marcus je zniszczył. To było jego dzieło! On tu kiedyś był, w tym korytarzu! Możliwe nawet, że stał tu gdzie ja teraz ułożyłem swe stopy. Straszna myśl.
Piętro drugie pozwoliłem sobie ominąć gdyż na tej wysokości właśnie znajdował się mój pokuj, wszedłem więc jeszcze wyżej. Znalazłem się w ogarniętym mrokiem korytarzem... Podszedłem pod pierwsze drzwi, chwyciłem za klamkę jednak ręka moja nie pociągnęła jej w dół. W pewnej chwili przypomniałem sobie, że w tym właśnie pomieszczeniu zabił się Marcus. Nie potrafiłem przezwyciężyć strachu ogarniającego me ciało, nie chciałem tam wchodzić. Trwałem nie poruszając żadną kończyną trzymając ciągle klamkę, stałem tak w przekonaniu, że za tymi drzwiami będzie C O Ś przerażającego... Nie mogłem tego wiedzieć, ale niepokój sparaliżował me ciało. Chwilę później odkleiłem rękę od klamki i ominąłem TE drzwi. - Jeszcze nie teraz... – pomyślałem – Nie nastał jeszcze odpowiedni czas.
Ciemność niepodzielnie panowała tym zakątkiem świata gdy wróciłem do zamieszkiwanej komnaty. Ten budynek jest tak ogromny, że przez cały długi dzień błądziłem po jego wnętrzu, a jednocześnie nie zdążyłem zajrzeć jeszcze do piwnicy i do pomieszczenia, którego od samego początku pobytu w House Sun się obawiałem – do pokoju Marcusa w którym poderżnął sobie gardło. Zmęczenie zapanowała nad mym ciałem więc położyłem się na wygodnym łożu i oddałem słodkiemu uczuciu odpoczynku.
{b}- Dzień trzeci –{/b}
Obudziłem się z rana samego nieco niewyspany. Za oknem ściana deszczu... Po szybie spływały krople wody. Świat był szary i ponury, ale dało się dostrzec, że po mieście spacerowali jednak ludzie. Bure chmury zakrywały niebo i skutecznie zasłaniały promieniom słońca drogę do ziemi. Wyszedłem na zewnątrz ubrany jak zwykle w czarny garnitur i otworzyłem parasol by schronić mą głowę przed zimnym deszczem, którego krople wpadały do kałuż tworząc przy tym małe okręgi na tafli wody. Obróciłem się jeszcze w stronę posiadłości i stwierdziłem, że teraz wygląda ona znacznie lepiej... Być może tylko pierwsze wrażenie było tak złe. Szedłem dalej kamienną drużką w stronę cmentarza, który ponoć stal nieopodal domostwa przez mnie zamieszkanego i w rzeczy samej tak też było. Dom Zmarłych położony był zaledwie trzysta metrów od posiadłości. Cmentarz ogrodzony był wysokim drewnianym płotem... Wszedłem wnet na jego teren i podróżowałem cmentarnymi uliczkami – pod stopami chrobotały mi małe kamyczki z których wyłożone były dróżki. Mijałem setki grobów, setki krzyżów... Ci wszyscy ludzie kiedyś chodzili po świecie, a teraz są niczym innym jak tylko pewno płynną mazią lub też samymi kości odzianymi w najlepsze i najdroższe garnitury albo sukienki, które po prostu poszły na zmarnowanie. Jedni zginęli młodo, inni dożyli nawet dziewięćdziesiątki. Tu na cmentarzu nawet w najbardziej słoneczny dzień jest szaro i ponuro, z resztą te wszystkie marmurowe grobowce daje wyraźnie o sobie znać. Ja zaś dalej podróżując po cmentarnych alejach szukając przyjaciela błądziłem pomiędzy setkami „domów” zmarłych. Tyle nazwisk! Tyle imion! Tyle dat, pożegnalnych słów, krzyży... I większość z nas kiedyś znajdzie się na tym „Polu zmarłych”. Dopiero po jakieś godzinie odnalazłem Marcusa. Grób jego…