rodzina · 6 min czytania
Padoły łez.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Miarowe uderzenia kropel deszczu o parapet jednego z wielu okien starej kamienicy obudziły Izę z głębokiego, jednak pełnego koszmarów snu. Leniwie przeciągnęła się na łóżku, próbując zebrać myśli. Hm, sobota… Tak, dziś była sobota. Spojrzała w kierunku wiszącego na ścianie zegarka z kukułką, która już wieki temu zakończyła swój żywot. Rozklekotane wskazówki wskazywały 10:15. Czyżby aż tak zaspała? No, oczywiście. Przecież wczoraj do późnej nocy musiała wysłuchiwać awantur i krzyków dochodzących z sąsiedniego pokoju. Nabrała powietrza w płuca i wypuściła je ze świstem. Za jej plecami pojawił się rozmazany cień. - Coś się stało?- spytała Gloria. Iza odwróciła się i spojrzała na zjawę, której postać nie zdołała przesłonić podrapanych ścian, pleśni i odpadającego tynku. Gloria była wytworem jej wybujałej wyobraźni, a przynajmniej przez jakiś czas tak myślała. Jednak ciemnowłosa dziewczyna o przenikliwym spojrzeniu, otoczona białawą poświatą wydawała się zbyt realna. Iza w przeciągu lat nabrała pewności, że ma do czynienia z duchem. Gloria pojawiła się znikąd, dokładnie osiem lat temu, i sprawiła, że na ustach zagubionej dziewięciolatki, jaką była Iza, znów pojawił się uśmiech. Dziewczyna nigdy o nic nie pytała swojej tajemniczej towarzyszki, gdyż zauważyła, że Gloria unika odpowiedzi. - Nic mi nie jest- odburknęła i powlokła się do kuchni. Mieszkanie, które obecnie zajmowała jej rodzina było niewiele obszerniejsze niż salon średniej wielkości domu. Należało wliczyć w to jeszcze małą, zapyziałą łazienkę i niezbyt pokaźnych rozmiarów kuchnię, do której właśnie zmierzała. Przechodząc przez niewielki pokoik z telewizorem pośrodku, nawet nie zwróciła uwagi na głośne chrapanie, dochodzące ze sfatygowanej kanapy w kolorze wymiocin. Leżał na niej mężczyzna w średnim wieku, łysawy, z ogromnymi workami pod swoimi świńskimi oczami. Od czasu do czasu wydawał z siebie różnego rodzaju nieartykułowane odgłosy. Po podłodze walały się butelki po wódce, puste puszki i niedopałki papierosów. Taki też zapach unosił się w pomieszczeniu. Zapach alkoholu i dymu nikotynowego. Przeszła pośpiesznie tę klitkę, starając się nie nadepnąć na żadną z butelek. Całkiem możliwe, że ojciec jeszcze nie całkiem wytrzeźwiał po wczorajszym. Gdy dotarła wreszcie do kuchni natknęła się na mamę przygotowującą obiad. Miała na sobie zużyty różowy fartuszek, a schludnie upięty kok zdobiły już oznaki siwizny. Odwróciła się i obdarzyła córkę promiennym uśmiechem. -Dzień dobry, kochanie.- Iza przyjrzała się rodzicielce…