Rodzina · 4 min czytania
Pamiętam i nie zapomnę... cz.1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pamiętam, było jesień. Złociste korony drzew ozdobiły parki w całej Polsce, a ziemia wyłożona była liściastym dywanem w najpiękniejszych kolorach tej pory roku. Leżałam w sali porodowej. Obok mnie, mój mąż. Trzymał mnie za rękę. Jego uścisk był wtedy taki ciepły i tak miły... Szkoda, że nigdy się nie powtórzył. Przed chwilą urodziłam. Ocierano mi z czoła pot. Byłam zmęczona i przeraźliwie chciało mi się spać, ale postanowiłam, że nie zmrużę oczu dopóki nie zobaczę mojego dziecka. Wiem, że to dziewczynka, tylko tyle usłyszałam kiedy lekarze wzięli ją i otulili miękkim kocykiem. Marek mówił, że jest słodka. Wierzę mu, mój mąż jeszcze nigdy mnie nie okłamał. Ufam mu jak nikomu na świecie. Do sali wszedł doktor. Nareszcie, byłam taka zniecierpliwiona. Stanął na de mną. Najpierw spojrzał na mnie, później na mojego męża. Widziałam po jego wzroku, że coś jest nie tak. - Niestety...- przerwał, jak by nie wiedział co ma powiedzieć. Ta sekunda oczekiwania na dwa, trzy słowa przedłużyła się znacznie. W końcu jednak zdecydował się powiedzieć to co ma do powiedzenia. - Państwa córka jest chora. Obawiamy się, że może to być zespół Downa. Co? Na początku nie do końca to do mnie dotarło. - Słucham?- zapytałam, niedowierzając. - Dziewczynka ma zespół downa. Wygląda na to, że jest w wysokim stadium rozwoju. Niewykluczona jest śmierć dziewczynki w najbliższym czasie. Przeżyłam szok. Jak on tak po prostu powiedzieć, że moja córka, Zuzia może umżeć?! Panie! Ile bym dała, aby to mi się śniło. Spojrzałam na Marka. On wyczuł moje spojrzenie i odwzajemnił mi je. Marek zawsze był opanowany. Mimo trudnej sytuacji powiedział parę słów, które brzmiały bardzo cicho, ledwo były…