Fantasy · 10 min czytania
Pan Przepolski i Kroniki Polityki część pierwsza
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pan Przepolski i Kroniki Polityki część pierwsza
Wazon zleciał ze stolika, gdy pulchny polityk upadł nań bezwładnie. Przeturlał się i spadł na podłogę. Z trudem łapał oddech, nawet utrzymanie uniesionych powiek było wielkim wysiłkiem. Mętnym wzrokiem przypatrywał się temu, który go tak załatwił. Mężczyzna klasnął dwa razy, wyłączając światła w pomieszczeniu. O ile przedtem wyglądał ekscentrycznie, ale jednak jak człowiek, w mroku zdawał się czymś nienaturalnym, jakby ciemność krążyła wokół jego osoby i kleiła się do niego. - Nie martw się. Siły niedługo powrócą. - Biel zębów była widoczna nawet po ciemku. - Ale wątpię, żebyś używał ich tak, jak dotychczas. Cichy chichot mężczyzny przeszył polityka jak włócznia, aż wygiął się w tył, pojękując. Jego oprawca przyklęknął, choć wyglądało to bardziej, jakby jego nogi rozproszyły się w ciemności. Polity z trudem ruszył ręką, dotknął piekącej szyi. Niemal płakał, odnajdując opuszkami palców dwie niewielkie, krwawiące ranki. - Coś ty mi zrobił? - Wysapał. - Coś ty mi zrobił... Hure!
*
Lider partii śpiewał pod nosem słowa piosenki, która leciała z jego empetrójki. Wszyscy schodzili mu z drogi kłaniając się grzecznie, a on każdego w zamian obdarzał uśmiechem. To był dobry dzień dla partii. I to nie pierwszy z rzędu. Doszedł do drzwi swojego gabinetu, już miał je otworzyć, gdy podbiegł do niego dysząc polityk Wazeliński. - Panie prezesie, proszę nie wchodzić! - Wazeliński ukłonił się po japońsku. Lider spojrzał na niego z góry. - Chcesz mi czegoś zabronić? - Wycedził,wyjmując z uszu słuchawki, na co Wazeliński natychmiast pokręcił głową i ucałował go w rękę. - Skądże bym śmiał! - Pozostawał przygarbiony. - Ale panie prezesie, ma pan gościa! Ja mu mówiłem, że tak nie można, że musi poczekać, ja nawet nie wiem, jak i kiedy on tu wszedł, kto go wpuścił, ja nic nie wiem, a co wiem, to panu prezesowi wszystko mówię! Zawsze! Lider nie słuchał. Ktoś wszedł do jego gabinetu! Pod jego nieobecność! Czegoś takiego tolerować nie można! Nie w państwie prawa i nie w siedzibie praworządnej partii! Szarpnął klamkę, niemal wyrywając drzwi z zawiasów. Po tym, co zobaczył w środku, zaczerwienił się ja burak. Jakiś wymodelowany picuś-glancuś, prawdopodobnie gej, siedział na jego fotelu, chamsko wywaliwszy nogi na jego biurko, popijał kawę z jego filiżanki. Widząc lidera uśmiechnął się delikatnie. - Witam, panie prezesie. Lider już miał krzyknąć, gdy jedno spojrzenie nieznajomego natychmiast go uspokoiło. Wazeliński wszedł i powoli zamknął drzwi. Zdębiał, widząc, na co pozwolił sobie przybysz. Dopiwszy kawę, mężczyzna odstawił filiżankę i wstał, niezwykle zwiewnie. Miał na sobie bordowy surdut, jasne, półdługie włosy zalizał do tyłu, niepokorne końcówki sterczały jednak na wszystkie strony. Szyderczy uśmieszek co chwile pojawiał się i znikał z jego bladej, smukłej twarzy. - Jest pan zajętym człowiekiem, więc powiem wprost. - Mówił płynnie i bez emocji, jak lektor w telewizji. - Mam dla pana propozycję nie do odrzucenia. Lider przygryzł wargę, zastanawiając się, co takiego urzekło go w nieznajomym, że jeszcze tu jest, zamiast zostać wykopanym na bruk. - Słucham. Wtem ktoś zapukał do drzwi i wszedł, nie czekając na pozwolenie. Był to polityk Ciemnosprawski. - Panie prezesie, panie prezesie, muszę... - Zdębiał na widok przybysza. - Ale jak to? Kiedy... Czekam na pana kilka godzin przed wejściem, jak pan tu wszedł? Mężczyzna ponownie uśmiechnął się tylko. - Czy ktoś wyjaśni mi w końcu, co tu się do cholery dzieje?! - Lider powoli tracił cierpliwość. Ciemnosprawski natychmiast ucałował go w dłoń, Wazeliński na wszelki wypadek ucałował drugą. - Już wyjaśniam, już. - Ciemnosprawski podszedł do przybysza, zachowując jednak bezpieczną odległość, jakby ten był wściekłym psem na łańcuchu. - To jest pan Włodzimierz Kazimierz Mieszko XIV Przepolski , Pan Ziemi Kujawsko-Leszczyńskiej. Lider natychmiast zwąchał okazję. - Chce pan kandydować z naszej listy? Czy wystąpić w spocie? - Zatarł ręce. Taki szlachcic to byłaby żyła poparcia. - Nic z tych rzeczy. - Zaprzeczył Włodzimierz Kazimierz. - Spotkałem wczoraj pana Przepolskiego na jednym bankiecie. - Opowiadał Ciemnosprawski. - Wyjawił mi tam pewną tajemnice i zaproponował swoje usługi naszej partii, będąc pewnym, że pana prezesa to zainteresuje. I ja również tak uważam. Lider pokiwał głową. - A więc co pan Przepolski ma do zaoferowania? I czego chciałby w zamian? Drugie pytanie prezesa ponownie wywołało uśmiech u Włodzimierza. Odpowiedział jednak na pierwsze. - Pan doskonale wie, co ja potrafię. To dzięki temu jest pan dzisiaj w takim dobrym humorze. - Nie rozumiem. - Wyznał lider. - Ale o Aleksandrze Dokieszeńskim chyba pan słyszał. Tym razem to prezes się wyszczerzył. Jeszcze niedawno na nazwisko znienawidzonego polityka wrogiej partii reagowałby warczeniem i zaciskaniem pięści do krwi. Teraz jednak wprawiało go w dobry nastrój, wiedząc, że ten człowiek w…