Komedia · 7 min czytania
Państwo Florek - Rozdział II - Szkoła
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Sprawa karaluchów znacznie uszczupliła czas, jakim Państwo Florek dysponowali w dniach obligujących ich do pracy, a ich syna do chodzenia do szkoły. Dlatego też otrząsnąwszy się po porannym rozgardiaszu, niemal w biegu zjedli śniadanie i dwadzieścia po siódmej byli gotowi do wyjścia. Krzysztof wraz z Tomkiem skierowali się do Forda, natomiast Janina wsiadła do mocno już wysłużonego Golfa. Piętnaście minut przed pierwszą lekcją Tomek znalazł się na terenie szkoły, gdzie czekali na niego najlepsi koledzy: Franek i Jaś. Widząc ich, wyciągnął z tornistra słoik z karaluchami i pochwalił się gromadką insektów. - Zobaczcie, co przyniosłem na przyrodę. Sześć pięknych karaluchów. Pierwszy odezwał się Jasiu. - No, a po co te karaluchy? Zdziwiony Tomek popatrzył na kolegę. - No przecież dzisiaj jest lekcja o owadach. Każdy miał jakiegoś przynieść, ja przyniosłem karaluchy. Franek klepnął się w czoło, co było jego naturalnym odruchem, gdy o czymś zapomniał. Słynął też z tego, iż dla niego nie było spraw trudnych. Wyciągnął z tornistra butelkę z wodą i wylał ją na ziemię. - Tomek daj mi jednego karalucha. Masz sześć, to i tak będziesz miał za dużo. Dla Tomka nie stanowiło to problemu, a wręcz ucieszył się, że może jakoś pomóc. Wyciągnął słoik z insektami, odkręcił nakrętkę, przechylił słoik i po chwili jednego miał w ręce. Sprawnie wrzucił go do butelki i sprawa była załatwiona. Widząc jednak proszące spojrzenie Jasia, powiedział do niego. - Jasio wylej wodę, to też ci dam. Jasio pochodził z rodziny, w której podstawowe motto brzmiało: „nic nie może się zmarnować”, dlatego też wylanie wody z butelki, nie wchodziło w grę. Po chwili namysłu wyciągnął butelkę i wypił całą jej zawartość. Beknął i wyciągnął ją przed siebie. - To daj mi tego karalucha. Nie chcę dostać bani. Jako że czas nieubłaganie przesuwał się w kierunku godziny ósmej, chłopaki pobiegli do szkoły i minutę przed czasem, siedzieli w swoich ławkach. Lekcja rozpoczęła się punktualnie wejściem Pani Iwony Zacnej. Część z uczniów podkochiwała się w niej, co raczej nie powinno dziwić, gdyż była naprawdę piękną kobietą. Miała długie, kręcone blond włosy, niebieskie duże oczy oraz figurę, która niejednego faceta doprowadzała do obłędu. Co ważne miała niezły gust i umiała podkreślić swoje atuty. Dzisiaj ubrana była w zieloną sukienkę, która odsłaniała to, co miało być odsłonięte, a zasłaniała to, co zakryte powinno być. Była nauczycielką z powołania, niestety niepokoiła ją ta klasa, niby w szóstej B, byli sami grzeczni uczniowie, niby nikt z nauczycieli na tę klasę nie narzekał, jednak zajęcia nie kleiły się. Lekcja o owadach miała tą niezbyt dobrą passę przełamać. Iwona uważała, że każda lekcja może być interesująca. Dzisiaj uczniowie mieli przynieść dowolnego owada i przyglądając się nim, mieli omawiać szczegóły w zakresie ich budowy, zachowania oraz innych charakterystycznych cech. Teraz zaś rozpoczęła zajęcia. - Dzień dobry. - Dzień dobry, pani profesor – grzecznie odpowiedziały dzieci. - Na dzisiejszej lekcji będziemy się przyglądać owadom. Każdy z was miał jakiegoś przynieść i tutaj mam niespodziankę…, - Zawiesiła głos.…