Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 11 min czytania

pechowa znajomość

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Spojrzała za okno. Marek stał na balkonie i rozmawiał przez komórkę. Nie słyszała jego słów. Zamknął za sobą szczelnie drzwi. Mocno gestykulował. Nie wyglądało to na przyjacielską pogawędkę. Spojrzała w telewizor. Leciała powtórka serialu. Przez całe lato w telewizji nie było nic poza powtórkami. Przytuliła twarz do satynowej poduszki i uśmiechnęła się. Czuła się szczęśliwa. Wszystko za sprawą Marka. Poznała go przypadkiem. Wpadł na nią w parku i o mało nie przewrócił na żwirowej ścieżce. W ramach przeprosin zabrał ją na kawę, a potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Codziennie przyjeżdżał po nią do pracy i to nie byle jakim samochodem. Koleżanki siniały z zazdrości. Z gracją otwierał jej drzwi. Dżentelmen w każdym calu. Jechali na dobry obiad do eleganckiej restauracji. W weekendy wyjeżdżali w różne miejsca. Zawsze zatrzymywali się w bardzo dobrych i bardzo drogich hotelach. Na jej nieśmiałe pytania o pracę, bo była ciekawa skąd ma pieniądze na tak wystawne życie, odpowiadał, że w dobrym momencie założył własna firmę komputerową. Więcej nie drążyła tego tematu. Postanowiła, że będzie po prostu szczęśliwa i będzie się cieszyła każdą chwilą z nim spędzoną. Na kąśliwe uwagi koleżanek, że w tak młodym wieku żeby mieć na własność „taki samochód” to trzeba robić nie złe przekręty, odpowiadała beztroskim uśmiechem. Spojrzała w stronę balkonu. Wciąż rozmawiał. Chciała by skończył, wskoczył do niej pod kołdrę by poleniuchować jeszcze parę godzin zanim będą musieli spakować się i wrócić do rzeczywistości, a nazajutrz do pracy. Miała ochotę na dobre śniadanie, którego nie musiała sama przyrządzać. Wyłączył komórkę. Przez chwilę patrzył na budzące się powoli do życia miasto. Ciepły, letni wiatr porywał jego nie zapięta koszulę pozwalając budzącemu się słońcu spojrzeć na jego tors. Przeczesał palcami włosy, przywołał na twarz słodki, uwodzicielski uśmiech i wszedł do pokoju nie zamykając drzwi na balkon. Poranne, rześkie, przesycone nocną wilgocią powietrze zwolna wypełniało pokój. Położył się obok dziewczyny opierając głowę na ręce. – Co dzisiaj zamawiamy na śniadanie? Na co masz ochotę? – Nie wiem, na coś dobrego. – Zejdę na dół i zamówię coś szczególnego. – Musisz schodzić na dół? Nie możesz zamówić przez telefon? – To tylko chwila. Czyżbyś już tęskniła? – Yhy, zawsze. – Zejdę na dół by przypilnować, żeby to było coś naprawdę wyjątkowego – rzekł z diabelskim uśmieszkiem. – Jakaś okazja? – Ty jesteś moją okazją – pocałował ją czule w czoło. – Każdy dzień spędzony z tobą jest dla mnie szczególny. Jesteś najwspanialszą kobietą jaką znam. – Jesteś słodszy niż miód. – Staram się. Za chwilkę będę z powrotem – pocałował ją i wyszedł z pokoju. Uśmiechnęła się szczęśliwa. Polubiła wykwintne śniadania, dotyk miękkiej pościeli, eleganckie, hotelowe pokoje, słodki, podniecający zapach jego drogich perfum. Nienawidziła powrotów do małego pokoju w blokowisku, do wiecznie gderającej i niezadowolonej z życia mamy, do ojca, którego głównym zajęciem było picie piwa i puszczanie gazów niezależnie od tego czy byli goście czy nie. Marzyła by Marek zabrał ją stamtąd. Wiedziała, że na oświadczyny jest za wcześnie, chociaż po cichu liczyła na nie. Mógł jednak zaproponować by zamieszkała z nim. Wspominał kiedyś, że ma piękne, ponad stumetrowe mieszkanie, nie widziała go jednak, ale nie wątpiła, że miał je. Drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem. Do pomieszczenia weszło czterech rosłych mężczyzn ubranych na czarno w ciemnych okularach. Zamknęli za sobą drzwi. Przerażenie zamurowało jej usta. Z niedowierzaniem patrzyła jak dwóch obcych mężczyzn idzie w jej stronę, dwóch pozostałych stało przy drzwiach wejściowych. – Szukamy Marka Trawińskiego – rzekł jeden. – Gdzie jest? – Zszedł na dół po śniadanie – wyjąkała. – Sukinsyn, znowu spierdzielił – wkurzył się drugi. – Znowu tylko płotka. Stary nas zabije. – Zbieraj się laleczko. – Gdzie mam się zbierać? – Ubierz się, zbieraj fatałaszki i wychodzimy. – Nigdzie nie idę, czekam na Marka. – Słuchaj gwiazdeczko – pochylił się nad nią. – Twój Marek to już jest bardzo daleko stąd i prawdopodobnie nigdy go już nie zobaczysz. Mam tylko nadzieje, że my go zobaczymy i będziemy ostatnimi ludźmi którzy zobaczą go żywego. Ubierz się, spakuj najpotrzebniejsze rzeczy i wychodzimy. – Ale… – I nie radzę dyskutować, bo za chwilę sam cię ubiorę i będziesz to wspominała jako najgorszą rzecz w całym swoim życiu. Wszyscy czterej odwrócili się tyłem by dać jej trochę intymności. Szybko wyskoczyła z łóżka i zaczęła ubierać się nie patrząc czy rzeczy, które ubiera nie są przypadkiem na lewej stronie. Była coraz bardziej przerażona. Gdzie podziewał się Marek? Co robi czterech obcych facetów w pokoju? Gdy spakowała rzeczy jeden z mężczyzn wziął od niej bagaż. Wyszli z pokoju i wszyscy wsiedli do windy. – A rachunek za pokój… – miała nadzieję, że uda jej się umknąć dziwnym, nieproszonym gościom. – Uregulujemy . Z windy idziesz prosto do samochodu. Będzie stał zaraz przy wejściu. – Gdzie mnie wywozicie? – W bezpieczne miejsce. – Nie potrzebuję żadnego bezpiecznego miejsca, co wy w ogóle chcecie ode mnie? – Nie jesteś bezpieczna, oj nie, jeśli miałaś jakikolwiek kontakt z Trawińskiem. O wszystkim…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%