fantastyka · 11 min czytania
Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz. 61
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Wilfred ostrożnie wszedł do małej izby w prawym skrzydle budynku ratusza, gdzie burmistrzowa rozmawiała ze starszą księżniczką. Tijanor powoli dochodziła do siebie, jawiąc się zwykłą kobietą a nie półżywym upiorem, aczkolwiek mocno anemiczna cera i sine worki pod oczami świadczyły o skrajnym wyczerpaniu młodego organizmu.
Cesarz chrząknął dosadnie. Baronowa Erenbrille wstała z krawędzi łóżka i dygnęła lekko – nie przez brak szacunku, a przez wzmacniany listewkami gorset, który skutecznie krępował i piersi, i ruchy.
– Panie.
– Lady Erenbrille
– Pójdę zobaczyć, co u młodszej księżniczki – oświadczyła Margi i po kolejnym zdawkowym ukłonie opuściła izbę.
Wilfred z wyczuwalną ostrożnością podszedł do posłania i usiadł na pościeli. Cały czas patrzył w czarne oczy starszej siostry, jakby szukał w nich tego nienawistnego żaru sprzed kilku dni. Bał się, że to iluzja; miraż, który zaraz pryśnie, a on obudzi się spocony we własnej komnacie i w podłej rzeczywistości.
– Nie zniknę braciszku. – Uśmiechnęła się.
– Tak, wiem… Ja po prostu.
– Też wiem. Sporo się działo, a ja mogłam tylko patrzeć i nasłuchiwać z astry. Czułam was. Słyszałam szepty zdarzeń, widziałam miejsca, ale to wszystko było takie rozmyte w czasie. Nie było tu i teraz, było wszędzie i wszystko… Ciężko to opisać.
Część 22 / 6
– Ćśś… – Położył rękę na drobnej, chłodnej dłoni. – Musisz odpoczywać; skup się na tym, żeby dojść do siebie, a mi zostaw łatanie świata, w którym przyszło ci się obudzić.
– Każdy świat z tobą i Holi to dobry świat. – Spochmurniała, westchnęła i spojrzała bratu w oczy.
– Musimy uciekać.
– Nie mam zamiaru się stąd ruszać, przynajmniej na razie.
– Nie rozumiesz… Tu nie chodzi o mnie czy o ciebie, a o tysiące istnień w tym mieście.
– Miasto ma straż i zakon Pieśniarzy do obrony. Cokolwiek tu zmierza, to nigdzie indziej nie mamy z tym większych szans niż za murami Girzel. Przynajmniej nie teraz.
– Ty naprawdę nie rozumiesz. – Księżniczka wykrzywiła usta w sadystyczny uśmiech. Jej oczy zapłonęły, a dłoń zaczęła parzyć rękę Cesarza.
Poderwał się z łóżka.
Śledziła go wzrokiem. Uśmiechała się, cały czas, potwornie.
Część 33 / 6
– NADAL NIE ZROZUMIESZ, MIESZAŃCU! – wygrzmiała. Pościel zajęła się ogniem. Jęzory szkarłatu spływały na podłogę, wijąc się jak kłębowisko ognistych węży.
Wilfried wycofał się do drwi. Ani drgnęły.
– Straż! – Zaczął walić pięściami w drewniane skrzydło.
– ONI NIE BOJĄ SIĘ OSTRZY, NIE BOJĄ SIĘ PRYMITYWNEJ MAGII, ONI IDĄ I POCHŁONĄ WSZYSTKO, CO ŻYWE, MIESZAŃCU.
Cesarz poczuł wzbierający żar za plecami.
Obrócił się.
Tijanor stała… Nie. Lewitowała tuż przed nim. Płonęła w magicznej pożodze z potwornym grymasem wyrysowanym na smukłej twarzy.
– ZOBACZ! – Wbiła mu dłoń w trzewia.
Część 44 / 6
Wizja wypełniła umysł. Wędrował po płonących zgliszczach miasta. Zewsząd dochodziły rozpaczliwe krzyki. Smród palonego drewna i zwęglonego mięsa roznosił się dokoła. Szedł wiedziony instynktem i wolą silniejszą od jego własnej. Mijał makabryczne stosy ofiarne; wysokie hałdy osuszonych z życia skorup przekładanych krwawymi strzępami ciał.
Spojrzał przed siebie.
Obie księżniczki stały nieruchomo i patrzyły na niego pusto. Za nimi, z dymu i języków ognia, wyłoniły się monstra – cała chmara. Pazury orały ziemię, syki i chrupot łamanych kości wsączały grozę w serce. Zbliżały się. Chciał krzyczeć, biec, żeby osłonić siostry, ale nie mógł nic zrobić, tylko patrzeć, jak jego ukochane rodzeństwo zostaje rozszarpane na krwiste szczapy.
– Coś się stało braciszku? – spytała Tija, wybijając Wilfreda z wizji.
Poderwał się z łóżka i nerwowo rozejrzał po pokoju. Wszystko wyglądało normalnie. Nie czuł też tego strasznego zapachu spalenizny i wszechobecnej śmierci.
– Pokazał ci. prawda? – dopytała niepewnie księżniczka.
– Co to było?
– Przyszłość: nasza i tego miasta, jeśli stąd nie odejdziemy, jeśli Starsi nie udzielą nam schronienia.
Część 55 / 6
Wilfred nadal się trząsł.
– Poproś do mnie Atmę i Lejlę czy Anax, jak każe się zwać. Chcę z nimi porozmawiać. Ja, a nie potwór, który czai się w zakamarkach mojej inry.
Holi wpadła przez drzwi, a za nią Margi, której oddech ewidentnie potrzebował więcej swobody.
– Siostro…? – szepnął głos wysycony tęsknotą i niedowierzaniem.
– Przepraszam, panie. Ne zdołałam jej powstrzymać.
– No chodź do nas. – Zachęciła ją Tijanor, poklepując pościel obok siebie. Młodsza księżniczka rzuciła się na pościel i przylgnęła do siostry. Nic nie mówiła, tylko płakała. Nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Tija głaskała Holi po głowie. Delikatnie, czule. Wilfred spojrzał na nie i pierwszy raz od dłuższego czasu, pomimo całego chaosu, poczuł się dobrze.
Zamknął oczy.
Ciepłe powietrze musnęło go po twarzy. Spojrzał jeszcze raz. Obie stały w płomieniach. Obie zakrwawione.
Część 66 / 6
– ZABIERZ NAS STĄD! – Warknęły demonicznie.
Wizja zniknęła.
***
– Burmistrzu, ilu regularnych gwardzistów jest w mieście?
– Dwa regimenty, panie. Kolejny można zwołać z rezerwistów.
– Niech burmistrz zarządzi mobilizację. Potrzebujemy każdego do ochrony miasta.
– Panie, a co z posiłkami z Orunn czy pobliskiego Hejmryt?.
Wilfred zasiadł ciężko na wyłożonym gęsim puchem i obitym skórą bogatym…