Zbrodnia · 3 min czytania
Pijaczyna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-=- - Pomóż mi! - wrzeszczy jakiś opętany samarytanin. Myślę - spierdalaj facet. Ale podchodzę, choć miałem zamiar przejść obok tego i tyle. Po prostu przejść, jak każdy normalny człowiek. Ale nie, napatoczy się taki jeden, co i pijaka z rynsztoku weźmie pod rękę i zaprowadzi do domu. Do domu. Zaprowadzi by bydle leżało i śmierdziało, a obok jak co wieczór, płakała żona, a przy niej dzieci. - Pomóż mi! - krzyczy coraz głośniej. Widzę jak stara się go podnieść. Podwinął kantówy, zakasał rękawy marynarki, błyszczącymi lakierkami brodzi w śniegu po kostki i się z nim siłuje. Na darmo, sam nie da rady cielsku pijaczyny. Obok leży jakiś zdezelowany rower. Wygięta rama, a obok pijaka mała czerwona plama. Uśmiecham się w myśli. - Chodź tu! - nawet na mnie nie patrzy, ale wciąż mnie woła. Podchodzę powoli, tak jakbym mógł to odwlec. Mogę przecież uciec, nic złego w tym że nie chcę nosić na swych barkach mendy z browaru. Ale nie mogę uciec, wciąż więc powoli brodzę do przodu. Przeklęty facet w garniturku. Coś do mnie mruczy. Weź go pod rękę, weźmiemy go razem, złap tak jak ja... O co mu chodzi? Przyglądam się twarzy pijaka. Mam ochotę użyć glana. Wraz z garniturowcem bierzemy go pod ramiona. Facet wyraźnie nie wie co robić. A ja głupi, mówię mu, że wiem gdzie pijaczyna mieszka, a więc on do mnie żebym prowadził. I ciągniemy łajzę kilkadziesiąt metrów wzdłuż drogi. Facet ze zmęczenia sapie głośniej niż pijak co wciąż jęczy bełkotem, że musi się…