Inne · 6 min czytania
Pijak.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dzień jak co dzień. Wczesne popołudnie. Miasto jakich wiele. Jeremiasz siedział na ławce pod blokiem i śledził przechodniów. Odprowadzał ich wzrokiem to tu, to tam. Odprowadził tak panią z wózkiem do autobusu i pana na wózku pod same drzwi sklepu. Odprowadzał tak dziesiątki innych, czynił to z troską i miłosierdziem jakie miał we krwi – czynił to bezmyślnie. Myślał tylko o sobie – o tym, że nigdy nie był tak ostatecznie nikim, jak obecnie. Nie użalał się jeszcze nad sobą, porządkował jedynie fakty. Zawsze przecież był kimś i choć dumnie to brzmiało – za powód do dumy tego nie uznawał. Każdy przecież tak ma. I Ty też tak masz. Wiele ról społecznych Jeremiasz odegrał. Był synem. I to było miłe. Potem był uczniem w przeludnionej, państwowej szkole. To było konieczne. W tej też szkole stał się później ofiarą przemocy i formalnym członkiem nieformalnej subkultury – został harcerzem. A to, panie, było już chore. Najpewniej ten właśnie fakt położył się cieniem na całym Jeremiasza życiu. Rozpoczęte wtedy zbieranie odznak stało się obsesją. Bezmyślny uśmiech zaś na lata zajął jego twarz. Zrobił studia. I jeszcze raz zrobił studia. Załatwił sobie pracę. Z uśmiechem brał udział w iwentach, zawierał wartościowe znajomości. Parokrotnie nawet został pracownikiem miesiąca. Z uśmiechem się ożenił, z uśmiechem tez się rozwiódł. Trzymał fason, i nawet nigdy nie płakał. Nigdy się nie poddawał. Pozę miał tak naturalną, że sam w nią zaczynał wierzyć. Był bardzo silnym, wręcz bardzo męskim, mężczyzną. Budził zaufanie. Zawsze był kimś. Zawsze był kłamcą, zawsze był błaznem. I pierwszy raz zadał sobie pytanie, jak długo jeszcze tak można. Chyba już nie można. Chyba już choćby się chciało, to nie można. Jeremiasz miał stać się bezdomnym. Rano odebrał nakaz eksmisji. Nie był zdziwiony. Nie był naiwny. To nie była niespodzianka. Po prostu poczta się spóźniła nieco. Spóźniła się z wiadomością, że w sumie to nie ma dla niego już miejsca w jego własnym świecie. Od rana jednak dzięki poczcie właśnie wiedział, że już nie - jest – albo, że jeszcze jest, ale jest nikim. Jako więc najwyraźniej – nikt, siedział póki co na ławce wśród zieleni, w pełnym słońcu. Z pobliskiego okna dochodził go zapach gotowanej kapusty. We włosach miał wiatr i styropian gubiony przez pracujących na ścianie bloku dociepleniowców. Styropian prószył, słońce świeciło, pachniało jedzeniem. Wszystko było tak skończenie romantyczne. Śmiać się Jeremiaszowi zachciało – śmiać i rzygać. Nie zaśmiał się jednak, ani nie zarzygał. Włożył rękę do kieszeni, chwile pomacał, i wyciągnął wymacane siedemdziesiąt sześć groszy.…