Przygoda · 5 min czytania
PILOT
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
DAWNO Noc. W jednej chwili metal rozciągnął się, wygiął się, nagiął się, odgiął się, oderwał się, wbił się, zakleszczył się i nagle ucichł, jakby opadł z sił po tej krótkiej acz intensywnej robocie. Wspomnieniem po tej nieoczekiwanej erupcji energii i dźwięku było tylko ciche chlupotanie płynu, wylewającego się z jakiegoś układu i para unosząca się nad pojazdem.
TROCHĘ PÓŹNIEJ Głosy. Dużo pytań. Początkowo, nie było płaczu, liczyły się tylko wyjaśnienia, które miały zahamować pracującą na najwyższych obrotach wyobraźnię i rozluźnić duszący uścisk na gardle. Odpowiedzi pojawiły się szybko. Najpierw nastąpił wybuch radości, za którym jak skrytobójca, czaiło się ubrane w swoje plugawe szaty cierpienie, które w jednej chwili potrafi wyssać wszelkie ciepłe kolory z życia, a w miejsce słońca wstawić lunę, której światło faworyzuje czerń i szarość. Ktoś stracił przytomność.
Pilot wiedział, że wszystko, co słyszy dotyczy jego. Zdawał sobie sprawę, że jeśli w najbliższym czasie nie uda mu się uruchomić maszyny, w której został uwięziony, będzie musiał zdać się na wolę tych na zewnątrz. Nawet nie próbował się oszukiwać, szansa, że zostanie zdezaktywowany bez możliwości zreperowania wehikułu wynosiła pięćdziesiąt procent, albo i mniej. Znał dobrze takie sytuacje. Różnie to bywało w przeszłości z jego kolegami i koleżankami.
Jednak tym razem do kokpitu zapukało szczęście. Pilot odetchnął z ulgą.
OBECNIE Poczuł, że pozycja wehikułu się zmienia. „Mamy nowy dzień” – skonkludował. „Mój team pracuje nad karoserią.” Pilot lubił swój zespół i szczerze podziwiał tych ludzi za upór, który w ich przypadku musiał karmić się jedynie niezachwianą wiarą w ostateczny sukces. „Kiedyś im podziękuję” – zapewnił sam siebie. Nie umiał, niestety, powiedzieć, kiedy to się wydarzy. Póki co, był uwięziony w zepsutej maszynie, paradoksalnie najdoskonalszym wynalazku, jaki widział świat. „Znajdę sposób, może już dzisiaj!” – dodał sobie otuchy. Miał niewyczerpane pokłady cierpliwości i napędzał się nadzieją, graniczącą z pewnością, że uda mu się ponownie zapanować nad całą tą maszynerią. Od katastrofy upłynęło już kilka tygodni, miesięcy, a może lat? Nie…