Horror · 8 min czytania
PIOSENKA DLA ZUZI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
PIOSENKA DLA ZUZI
Jacek znalazł Zuzię, gdy szedł przez las z wiadrem pełnym wody, nabraną przed chwilą z jeziora. Spojrzał pod nogi i zauważył małe ciałko wciśnięte tam, pod krzak. Przypominało lalkę z powykręcanymi kończynami, która znudziła się kapryśnej nastolatce. Postawił wiadro na ziemi i kucnął, by móc lepiej przyjrzeć się znalezisku. Śliczna, mała Zuzia - obiekt zazdrosnych westchnień wszystkich matek z miasteczka. Zawsze wspaniale ubrana, uczesana, promieniująca anielską świeżością. Gdy szła, nosek miała zadarty pod same chmury, rączki z gracją godną aktorki filmowej obciągały sukienkę (w wesołych kolorach, z nieodzownymi falbankami i koronkami). Cukierkowa twarzyczka o idealnych rysach wyglądała na zdjętą wprost z obrazu przedstawiającego księżniczkę. Idealnie błękitne oczy, wąskie truskawkowo czerwone usta, maciupeńkie dołeczki w policzkach - to wszystko świadczyło o cudowności sześcioletniej Zuzi. W lipcu miała wystartować w wyborach małej miss gminy Bielawa. Jej zwycięstwo było równie pewne jak to, że po nocy przyjdzie dzień. Ale tego roku noc trwała wiecznie, a słońce nie chciało wzejść. Jacek odgiął kilka liści zasłaniających mu widok ciała. Przez dłuższy czas wpatrywał się w poplamioną krwią i podarta sukienkę w niebieskie kwiatki. Szkarłat kojarzył mu się z sokiem malinowym, którym zawsze chlapał sobie koszulkę. Pamiętał. Słodki - na zawsze wtopiony w kubeczki smakowe na języku. Czasami jednak ten smak bolał… Gdy przepraszał i błagał… Przepraszam, mamo, szklanka mi się przechyliła i… tak po prostu się oblałem. Zmarnowałem wynik pracy twych rąk. Przepraszam. Mama stawała się czerwona. Jak sok. A czerwień soku ciekła z nosa Jacka. Jacek odłamał kawałek gałęzi. Powoli, ze strachem, zbliżył go do główki dziewczynki. Koniec kija wepchnął w pozlepiane włosy, na których widoczne były pozostałości po lokach. Kiedyś idealnie wymodelowana fryzura, przypominała teraz kępę wyschniętej trawy. Kilka mrówek przebiegło między martwymi kosmykami, powodując ich drgnięcie. Fragmencik dziewczynki ożył, lecz tylko na chwilę. Wepchnął kij głębiej. Jego końcówka zniknęła między włosami, a one oplotły ją niczym węże. Matka Zuzi powiedziała kiedyś córce, że gdy ta dorośnie, będzie mogła owijać sobie mężczyzn wokół wszystkich palców. - Dlaczego? - spytała dziewczynka aksamitnym głosem. Nie uzyskała odpowiedzi. Dźwignia. Jacek pociągnął do góry. Główka uniosła się z cichym mlaśnięciem skóry odklejanej od mokrego piachu i liści. Ciągnął mocniej. Na wysokości około dziesięciu centymetrów zakrzepła krew pękła, kij wyplątał się spomiędzy włosów i twarzyczka Zuzi uderzyła o ziemię. Z powodu nagłego nacisku na policzek, odrobina powietrza zebranego w ustach dziewczynki wydostała się jej noskiem. Zabrzmiało to jak ostatnie tchnienie. Mama, gdy była bardzo stara, nie mogła oddychać. Pomagała jej w tym wielka maszyna pompująca powietrze do jej płuc. Jacek całe dnie spędzał przy łóżku matki, słuchając miarowych wdechów i wydechów mechanizmu podłączonego do gniazdka w ścianie. Wszszt… wyszszt… wszszt… wyszszt… Aż do śmierci. A w nocy Jack bronił się przed mamą wyrywającą ze swego ciała plastikowe rurki i krzyczącą: - Kochanie, oddychaj ze mną! Świeży tlen! Oddychaj! Walczył… Aż do śmierci. Pewnego dnia do chłopca podszedł łysy lekarz z nieszczerym uśmiechem odsłaniającym szczerbę między zębami. Jacek siedział na małym krzesełku przy łóżku mamy i ściskał jej dłoń. Doktor bez słowa kucnął obok maszyny i wyciągnął wtyczkę z gniazdka. Oddech umarł. Jacek z trudem powstrzymał się przed ucałowaniem łysielca. Chciał krzyczeć o tym, że potwór wreszcie zdechł. Nagle jednak mama otworzyła oczy… Zamknęła je dopiero, gdy lekarz użył strzykawki. Jacek odłożył patyk i chwycił biodro dziewczynki. Nawet przez sukienkę wyczuł chłód ciała. Lodowata, zimna jak diabli - śmierć. Ostatni bastion człowieczeństwa. Zuzia obróciła się. Potrafiła…