fantastyka · 3 min czytania
Planeta 412bis - staroć którą może warto przeczyta
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Planeta 412 Bis – recenzja.
Podobno nie należy sądzić książki po okładce. I bardzo słusznie. Bo opowiadanie Jewgienija Gulakowskiego, nie robi powalającego wrażenia. Ot czytadło, formatu połowy zeszytu. Po grubości sądząc, jakieś marne sto pięćdziesiąt czy dwieście stron. Na okładce jakiś koszmar graficzny który nie do końca wiadomo co ma obrazować. Kosmonautę ? Statek Kosmiczny ? Dziesiątki razy spoglądałem na tę okładkę i zastanawiałem się 'co poeta miał na myśl'. Wrażenie lichości nie znika też od razu po rozpoczęciu czytania. Leci sobie gwiazdolot, myśl socjalistycznej techniki. I nagle się psuje. Trywialne? O dziwo już nie tak bardzo. Awaria, to nie ograny do bólu motyw 'nad naszą wsią przeleciał meteoryt” . To nieznane. Coś z czym nie potrafi poradzić sobie komputer nawigacyjny ani zespoły naprawcze. Coś na tyle obcego że cała ludzka technika daje radę uratować tylko część załogi. I to nie w sprawnej akcji, ale w czymś co przypomina ledwie kontrolowaną katastrofę. Przy okazji pojawia się pierwsza gratka dla miłośników 'nitowanej fantastyki' – styl jest zbliżony do prozy Lema. Dynamika jak w „Niezwyciężonym” lub początkowych scenach „Edenu”. A potem ? Potem siedzą na planecie. To co miało być niezawodnym tworem ludzkiej technologii, okazuje się być z każdym dniem coraz bardziej zawodne. Przedstawiciele elitarnej profesjii – powoli stają się ludźmi…