Aktualności · 4 min czytania
Po co nam politycy?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ustalmy coś na początku, nie mam tu na myśli beznadziejnych idealistów, wójtów, którzy z własnej wypłaty dokładają do działającego w ich gminie chóru sierot, radnych, którzy z powodu braku środków łatają dziury w asfalcie kawałkami własnych mięśni czy burmistrza ofiarującego swój gabinet na noclegownię dla bezdomnych borsuków, których środowisko naturalne zastąpiła autostrada. Mówię tu o znanych wszystkim gwiazdach najwyższego formatu, krem de la krem i kwiat de la kwiat polityki czyli parlamentarzystów z pierwszych stron gazet.
A więc po co nam wszyscy oni? Wydaje się, że odpowiedź na to pytanie jest tak prosta jak umysł przeciętnego dresa, żeby nami rządzili. Otóż nie, mylicie się jak Juliusz Cezar co do Brutusa.
Do rządzenia wystarcza garstka osób i tak w rzeczywistości jest. Można żyć w naiwnym przekonaniu, że duża ilość parlamentarzystów prowadzi do tego, że pojawia się wiele ciekawych koncepcji, ale to tak samo jak wierzyć, że wielki talerz ziemniorów jedzony na obiad codziennie zaspokoi wszystkie potrzeby organizmu. Zauważcie, że ważne, z punktu widzenia danej partii ustawy, głosuje się stosując tzw. dyscyplinę partyjną, a w mniej istotnych sprawach posłowie mogą w czasie głosowania kierować się, że tak sobie pozwolę zażartować, własnym sumieniem. Przypomina mi to sytuację, w której przyszłemu panu młodemu, w procesie planowania własnego ślubu i wesela, nakazuje się zgadzać z wszystkimi ustaleniami, a żeby nie poczuł się całkiem pominięty, pozwala mu się zdecydować o kolorze wkładek do swoich butów i czy zaprosić jego mamusię.
No więc po co nam oni, pytam ponownie? Niedawno, w trakcie zasypiania, wpadła mi do głowy odpowiedź na to dręczące od wieków ludzkość pytanie – dla rozrywki spajającej społeczeństwo.
Możecie kpić do woli, nazwać mnie umysłowym Rowem Mariańskim i oszołomem, przy którym Jerzy III w ostatnich latach swojego życia mógłby uchodzić za człowieka…