Fantasy · 3 min czytania
Pod lepkim spojrzeniem księżyca
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na drodze prowadzącej za dnia na skraj lasu, a o tej porze, porze cieni, już chyba raczej donikąd, dwa małe stworzonka wyrywały sobie połyskującą w odbiciu miesiąca zdobycz. Ciche piski stanowiły rozmowę bez słów, obrysowującą delikatną linią znaczeń pierwotny instynkt głodu i przetrwania. Małe pazurki drapały delikatnie, acz zawzięcie, rozkoszując się tą potajemną ucztą. Nagle narósł tuż tuż, zbliżył się szelest znad przyczajonego pola, a czarne oczka rozbiegły się, porozrzucane na swych niewidocznych ścieżkach w panice, w trosce o swe małe główki.
Pustoszyła letnie zboża czekając na znak znad wrzosowiska. Pora pokosu w tym roku opóźniała się ze względu na deszcze i wieczorne chłody. Pośród pól mieszkał teraz jedynie wiatr i ona, może jeszcze kilka królików wypłoszonych szczekaniem psów z pobliskiej wsi. Po wystających znad kłosów wertepach rozwiesiło się napięcie mgły i mdlący zapach jakowejś słodyczy, która odpychała i kusiła jednocześnie. Zmęczenie nocy dręczyło równinę, rozciągając jej lico pod złowrogim, jątrzącym sumienia, niebem. Nad przestrzenią szumiącą jednostajnie wisiał księżyc, wielki, mosiężny, zagniewany. Złota para przyduszała świeższe powietrze i ruch członków. Ona biegła, biegła wołana