Inne · 3 min czytania
Podnosząc z ziemi lokalnego pijaka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Podnosząc z ziemi lokalnego pijaka, brnąc z nim z ulicy środka ku chodnikowi, ku azylowi, gdzie będzie można w spokoju, w błogostanie, w cudownym zapachu jego zgnilizny, rozciętego łuku brwiowego widoku, krwi po twarzy, błędnym oku, przeprosinach, kurwinach co słowo drugie, założyć mu będzie można, założyć buta, którego zgubił, ponieważ stopy nie ma połowy. Stopa nie jest przyczyną, bo przyczyna przy spodniach, spadających, zniewalających, krępujących, dupę, szparę obleśną słaniających, w gardle stających, wymiotujących, matkoświęta wołających. Oczy pijaka mnie rozpoznają. Pijak lokalny, woła przeprasza, mozoli. Obciera, gwałturety, kocha, biadoli. Pierdoli, pierdoli, pierdoli. Żal mi go nie jest. Śmieję się w kułak niemal zwinięty jego wnętrznościami, ekskrementami, wydzielinami zaczynam przechodzić, śmierdzieć, jak on na rowerze oparty jechać, koło wygięte olewać, zupełnie mieć to zupełnie. Gdziekolwiek. Byle do domu, przed siebie, wkładając stopę uciętą, w skarpetce, w podłużnej zwieszonej śmiesznej. On się śmieje. Ja się śmieje. Facet co pomaga się śmieje. Wszyscy się śmieją. Ale pijak coraz głośniej. I ja też głośniej. I facet głośniej. I wszyscy głośniej. Ale pijak zdejmuje skarpetę, rzuca wysoko i wyjmując sobie oko trafia. Na to my, zdejmujemy swoje skarpety, wyrzucamy…