Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Wojna · 8 min czytania

Póki poranek nie przyniesie spoczynku

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

============================ UWAGA! Miejscami bardziej brutalne niż poprzednia wersja! Ani autor, a tym bardziej redakcja opowiaania.pl nie odpowiada za ewentualne pojaiwenie sie odruchów wymiotnych! ============================

Śmierć. Wszędzie, wokół mnie śmierć. Krążyła, zabierała mych znajomych, przyjaciół. Czasem zbliżała się i do mnie, lecz ja się jej jeszcze nie dałem. Jeszcze... Obficie sącząca się z martwych, poszarpanych ciał krew wsiąkająca w spękaną ziemię... kurz podnoszony przy każdym uderzeniu kuli... ryk silników oraz warkot karabinów. Taką oto scenerię wybrała sobie kostucha, by zebrać swe żniwo...

- Stać! – usłyszałem pośród całego tego zgiełku – nie rozpraszać się! Wszyscy za mną! – to mój dowódca krzyczał. Starał się być słyszany pośród odgłosów karabinów i pojazdów. Stał kilkanaście metrów przede mną. Był ranny. Krew spływała z rozdartego boku, barwiąc jego mundur. Próbował zapanować nad oddziałem. Wiedział, że już nie mamy szans... lecz chciał ocalić jak najwięcej ludzi. Wiedział, iż na wojnie tylko poświęcając jednych, można ocalić innych... on poświęcał siebie.

Kule latały wokół mnie, podnosząc co chwilę pył, lecz nie przejmowałem się tym. Przecież byłem w bezpiecznym okopie. Tak przynajmniej sądziłem. Obserwowałem dowódcę. Wiedziałem, że muszę iść za nim, lecz myśl o opuszczeniu tego bezpiecznego miejsca i szaleńczym biegu po życie napawała mnie strachem. Rozejrzałem się wokół siebie. Ona była tu nadal... czułem jej obecność, czułem jak się zbliża. Patrzyła na mnie martwymi oczyma wszystkich, którzy polegli.

Nagle usłyszałem przeraźliwy syk powietrza. Następnie coś eksplodowało! Wszędzie wokół podniosło się mnóstwo piachu, uniemożliwiając widoczność. Przez chwilę zdawało mi się, że ogłuchłem, po czym pociemniało mi przed oczyma...

Powoli uniosłem głowę. Nie wiem jak to się stało, ale leżałem twarzą w piaszczystej ziemi. Niemożliwie piszczało mi w uszach. Rozejrzałem się. Fragment okopu był zniszczony! Wokół dziury leżały... nie, nie mogłem na to patrzeć1 Martwe, poszarpane ciała... jakby ktoś rzucił granat... nie, nie granat! Wówczas uszkodzenie wyglądałoby inaczej... nie, to niemożliwe! Podniosłem się, złapałem za umocnienia okopu. Wyjrzałem z niego. Rzeczywiście! Moje przypuszczenia niestety okazały się trafne. W odległości mniejszej niż kilometr ujrzałem częściowo okryty tumanami kurzu zarys czołgu! A więc nie ma już ucieczki...

Ktoś szarpnął mnie za ramię. - Musimy uciekać Sven! – wrzasnął mi do ucha. - Jax? – nie mogłem uwierzyć – myślałem, że... - Ale żyję! Uciekamy! – Gdy tylko skończył to zdanie do okopu wskoczyło ośmiu żołnierzy. Nie mogłem strzelać. Jax stał między mną a nimi!

Nie wiedziałem, co robię. Szarpnąłem za spust. Thompson pluł pociskami jak szalony.

Przed oczyma wciąż miałem tryskającą krew. Nie mogłem uwierzyć, że to zrobiłem. Zbliżyłem się do ciała Jax’a. On się nie ruszał... jego tors był poszarpany od kul... kul z mojej broni... krew nie mogła wsiąkać już w ziemię, było jej zbyt wiele. Jax... dlaczego to zrobiłem? On był jeszcze taki młody... musiałeś stanąć pomiędzy mną a nimi... ale... gdybym nie zaczął strzelać, oni i tak by Cię zabili... a potem i mnie... wybacz. Taka jest wojna... śmierć! Wszędzie śmierć! Śmiertelna klątwa! Spojrzałem na ciała wrogów. Jeden z nich jeszcze się ruszał. Błagał mnie... o coś mnie błagał, nie wiedziałem o co. Ostrożnie zbliżyłem się. Oberwał w szyję. Kula mogła uszkodzić krtań. On się dusił! Przy każdym, nie podobnym do artykułowanego, dźwięku, z dziury wydostawało się coraz więcej ciemnej krwi. W jego oczach widziałem błaganie..

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Póki poranek nie przyniesie spoczynku — czytnik · opowiadania