Fantasy · 8 min czytania
Pokusa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
POKUSA
- Idź do spowiedzi Gabrielu, już czas- powiedział mi Anioł. Rozejrzałem się a on położył mi rękę na ramieniu. Dziwne uczucie. Ciężar jak muśniecie, ale jednak go czuję. Przez moje ciało przebiegł dreszcz. Odstawiłem dopiero co odkorkowaną flaszkę i westchnąłem. Anioł wychwycił skrytą tęsknotę. - To grzech Gabrielu. To wielki grzech się nachlać i w takim stanie iść do Pana. - Wiem - odpowiedziałem i powłócząc nogami poszedłem do przedpokoju po płaszcz i kapelusz. Anioł był za mną tuż-tuż. Zadzwonił dzwonek u drzwi. - Kto tam? - zapytałem. - Poczta. - Nikt do mnie nie pisze, bo i ja nikogo nie znam tak dobrze. - Otwórz pan do cholery, mam rentę dla pana. - Nie. - Niech cię szlag stary wariacie - zaklął przez drzwi listonosz - Zostawiam awizo po odbiór. Coś zaszurało między zamkiem a klamką. Odczekałem aż kroki umilkną i dopiero wtedy cicho otworzyłem drzwi. Na podłogę upadła mała karteczka - awizo pocztowe. - Gdzie teraz pójdziesz? - zapytał Anioł. Odwróciłem głowę podnosząc się z pałąka - A to ty... Jeszcze tu jesteś? - A gdzie mam być? Jestem ci przypisany. - Na moje zmartwienie. - Na twoje Zbawienie. Wyszedłem na klatkę i zamknąłem mu drzwi przed nosem przekręciwszy klucz w zamku. Przelazł przez nie w milczeniu i stanął jak biały posąg u nasady poręczy schodów. - I czego się tak chwiejesz? Zimno ci? - zapytałem. - Nie, jestem ciekawy tylko dokąd teraz pójdziesz. - A wiesz gdzie? - Nie. - To po co pytasz? - Jestem twoją obroną - powiedział cicho. Zrobiło mi się co nieco głupio. - Wiesz? Dziś mam dzień dobroci dla duchów, więc pójdę tam gdzie chcesz - odparłem i zgarbiony, zatruty kacem zlazłem na parter. A On za mną, tuż za mymi plecami, jakby targało nim uczucie że mu zwieję, chociaż przed nim tak naprawdę nie da rady się uciec. Przebiegłem zawijanym kuśtykiem ruchliwą ulicę z brzęczącymi tramwajami i poprzez park doszedłem do rynku. Było zimno, w powietrzu zastygła wieczna mżawka. Wiatr wywijał oberka pomiędzy kamienicami Kuląc się z chłodu dolazłem wreszcie do kościoła, o którym już wcześniej kiedyś myślałem. Poprawiłem zwisły od wilgoci kapelusz i po wytartych przez wieki stopniach zszedłem w dół, do kruchty. - Zdejm nakrycie głowy - powiedział Anioł, który nieoczekiwanie stanął po mej lewej ręce. Zdjąłem jak mi kazał i zmiętoliłem go w zgrabiałych z zimna palcach. Dopiero teraz zauważyłem, że w kościele mimo wczesnej pory było sporo osób. - Pogrzeb? - zapytałem cicho, niezgrabnie przy tym klękając i żegnając się. Anioł, który był tuż obok nie odpowiedział. Ukląkł na jedno kolano i i oddał pokłon opierając czoło niemal o posadzkę. Trwało to dłuższą chwilę. - Nie pogrzeb a Wielki Czwartek, chodź - powiedział wstając, i wziąwszy mnie za rękę poprowadził do sporej liczby osób oczekujących na spowiedź. Mniej więcej w tym samym czasie z bocznych drwi przy ołtarzu wyszedł ksiądz. Przeszedł szybkim, spiesznym, obojętnym krokiem obok tabernakulum i zbliżył się do nas oczekujących. To z tym to z tamtym rozmawiał kilka chwil. Ludzie po tej rozmowie w milczeniu opuszczali kolejkę. Ksiądz podszedł do mnie. Zerknąłem przez ramię i stwierdziłem z niepokojem, ze Anioł nagle zniknął. - Czy jesteś synu w stanie łaski? - zapytał cicho ksiądz. - Nie wiem, bo byłem wcześniej w stanie... - Wiem synu, alkoholizm jest straszny. To choroba, z którą bardzo trudno walczyć, dlatego powinieneś przemyśleć swój dzisiejszy krok - mówił szeptem ksiądz. - Jaki krok proszę księdza? - Powinieneś przyjść tutaj trzeźwy. - Jestem trzeźwy. - Obawiam się że nie jesteś, dlatego powinieneś przyjść tutaj trzeźwy, jutro. - Dobrze proszę księdza - wyraźnie poczułem ulgę oraz samozadowolenie z podjętej decyzji, która przecież niczego nie przekreślała. Ukląkłem, przeżegnałem się i wyszedłem z kościoła wprost w zimnicę, mżawkę i... w objęcia mojego Anioła. - A ty co? - zapytałem. - Dokąd idziesz głupcze? - westchnął Anioł jakby nic nie słyszał i nic wcześniej nie widział. - Do…