Melodramat · 4 min czytania
--[połączenie]--
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
--[połączenie]-- Wczorajszego wieczoru kładąc się późno spać otworzyłem okno i spojrzałem na niebo. Było troszkę pochmurne i do tego wiał przenikający wiatr. Już miałem położyć się spać, gdy nagle przejaśniło się. Moim oczom ukazało się niebywale jak na ta porę roku gwieździste niebo pełne szczególnie jasnych i takich nie typowych gwiazd. Moją uwagę szczególnie przykuła jedna z nich, byłem jakby zahipnotyzowany jej urokiem. Po pewnym czasie nie wiem dokładnie, jakim, gdyż pojęcie to jakby wtedy przestało dla mnie istnieć, spostrzegłem, że inne gwiazdy znikły. Wokół mnie także nie było już mojego pokoju, bloku. Byłem jakby zawieszony w bezmiernej pustce. Przed sobą miałem rosnący obraz ciepło świecącego punktu. Po chwili zajmował już całą przestrzeń - znalazłem się w nim... Do mojego umysłu zaczynały docierać z początku pojedyncze rozmowy, które z czasem przeradzały się w dziesiątki później już setki przeróżnych konwersacji... Aż do momentu, gdy było to dla mnie nie do zniesienia i zamknąłem oczy - za dużo informacji jak na ludzki umysł - ujrzałem tysiące linii zawieszonych w bezmiarze kosmosu, każda z nich różniła się kolorem, jedne zaplatały się z sobą, inne wyginały w przedziwne figury... Żadna z nich nie miała początku, żadna końca... Zacząłem spadać... Poczułem ukłucie strachu... Podświadomie chwyciłem jednej z nich mając nadzieje, że będę mógł się utrzymać przerwać ten szaleńczy lot ku nieznanemu. Udało się, lecz nie w sensie, jaki sobie to wyobraziłem, porostu w momencie, gdy tylko musnąłem najbliższą z nich pochłonęła mnie