Romans · 4 min czytania
Popołudniowy kurz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Któregoś dnia obudzimy się w południe lata, a pomarańczowy klon zza okna przyniesie nam zapach deszczu. Miękko krocząc po drewnianej podłodze zahaczę dłonią, niby od niechcenia, o kosz pełen winogron. Pozwolę, aby rozpływały się na moim języku feerią smaku. Nasypię karmy naszemu rudemu kotkowi, który mruczeniem obwieści nowy dzień. Na wysokim krześle w kuchni, tuż przy balkonie będę dopalać długiego papierosa, a ty zwabiony aromatem towarzyszącej mi kofeiny, wyłonisz się w pomarańczowym słońcu z burzą kasztanowych włosów. Brąz twoich tęczówek będzie przymglony jak zawsze w sobotni wieczór. Upadniesz ciężko na zieloną, skórzaną sofę, wypijesz łyk kawy. Pozwolisz, aby działy się znów nikotynowe gdybania kofeiny. Potem pójdę po talerz pełen czereśni, a gdy złoty kurz skończy bawić się z naszym kotem, będziemy cali już uciapani owocami. Na ostatnie promienie słońca pójdziemy na łąkę pełną maków, i będziemy biegać i śmiać się, śmiać się aż do nieprzytomności. Potem upadniemy i umrzemy razem z dniem, poddamy się chwili i oddalimy wraz z mrokiem, jak nakazuje nam grzech.
Wtedy zapalę świecę i przy żółtym świetle będę czytała ci opowieści z krainy moich snów. Ty jak zwykle, z niedbałym uśmiechem będziesz dopalał kolejnego papierosa. Zupełnie mnie nie słuchając. Ledwo obudzeni zamkniemy się w naszej sennej, zakurzonej utopii. Zaryglujemy wszystkie drzwi i otworzymy tylne okna; wpuszczając jedynie zapach deszczu i pomarańczy. Będę ci mówiła o arkadii, mieście magii, a ty pokiwasz głową z politowaniem, ale też pokochasz to