Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 6 min czytania

Próby (z)godności

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

*** Poranek z przyciężką głową i na razie bez kawy. Zaszczuta (bo) u siebie. Tragizm nowego dnia. Bezwład niby wypoczętych członków. Myśli biorą z nich przykład. Papierowe spirale rozrywane dłońmi. Szum gdzieś poza mną, proroczy sen na jawie. Drżenie nie pomaga, bo przecież modlitwy słabych świat nie usłucha. A jednak ona krąży, przeciska się między regałami codziennego absurdu. Powieki cięższe niż przed północą, sumienie nie chce się obudzić z odrętwienia, bo każdy kamień wątpliwości i ironicznego śmiechu legł w nim nowym kurhanem. Ciemno bo znów świt jest niełaskawy. Może jeszcze ta gorąca kawa zbawi złożone w przekleństwie skrzydła ust. Niech uniosą się razem z ciepłą parą. *** Śniegu opuść moje ręce, niech spłyną łzą smoka. Przyprusz powieki zamglone wciąż chłodem długiej jesieni. Póki poranki ciągną się leniwie bezdomnym niesmakiem i ciszą opustoszałych zaułków, rozsadzaj martwe bruki, porośnięte dawno zwiędłym bluszczem. Pogoda stała się zwierciadłem mych niepokojów i snów zatrutych lękiem. Każdy dzień przynosi zmainę wiatrów. Drogowskazy sensów chyboczą się na rozdrożu. Śniegi tego roku mają przybyć wcześnie. Jeśli ułożę plan, pewnie znowu się nie spełni. Jeśłi zasnę jak zmarznięty kwiat, nie odrodzę się na wiosnę. *** Ryby pasą się o świcie, mówi przykazanie tej przestrzeni płaczącej. Na piasku, bladym od spojrzeń wędrowców znikąd, pełzają skomlące wnętrzności morza. Tam gdzieś, pośród niezliczonych posągów czasu, został mój ślad, śpiewający ciągle podczas każdego sztormu. *** Wiesz, zapomniałam już czym jest rachunek sumienia. Wiem, że światła nadziei gasną powoli, lecz nie ma na to rady. W dłoniach chowam już tylko niespełnione radości, oferowane niepewnym głosem miejskich proroków. Moje zbawienie ziszcza się na raty. Biczowana codziennością nie umiem już krzyczeć. W szarosinej strudze poranka wymyślę nowy początek psalmu "na teraz". Teraz muszę zaczerpnąć powietrza. Teraz żyć. *** Za oknem rapsodia dnia huczy warkotem samochodów. Znów jestes daleko i blisko. Sprawiasz ból, gdy odwracasz głowę. Po brudnej podłodze niepewnie stąpają lęki, omijając kałuże niewłaściwych słów. Przyjdź do mnie jeszcze raz we śnie, otul, ukołysz, przebacz. I jeśli ożyje w tobie nadzieja, zamknij tę chwilę pod powiekami koloru rdzy. Zapomnij. *** Nie możesz zrozumieć, że słabnę, zaplatana we własne wątpliwości. Ziarna piasku mdleją na wysokości mych oczu, szarzeją w swej wielości. Granitowe spojrzenie zniewala siłą kamienia. Nie umiem już swobodnie oddychać, przysypana pokutnym popiołem. Na ramieniu przysiadło

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%