Komedia · 13 min czytania
Proces
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Proces
Muszę podzielić się z Wami wielkim smutkiem, który stał się moim udziałem jakiś czas temu. Mieszkam w najmniejszej chyba wsi świata, Zawżdymusze. Jestem tu osobą poważaną i dość ważną, a z powodu mojej profesji (jestem znakomitym i – nie ukrywajmy – naprawdę wielkim pisarzem), wzbudzającą niemałe kontrowersje. Ile to już historii powstało na temat moich wypadów do miasta (jako jedyny tutaj zwykłem je praktykować) i obrazoburczego nieposiadania pola – zliczyć nie mogę! Przeto wielką przykrość sprawiła mi Madame Harum sprowadzając się do nas. Była to malarka abstrakcjonistka, niebywale ekscentryczna. I zrazu wszystkie oczy we wsi zwróciły się w jej kierunku, a ot, jakiś literat mizerny mógł sobie tam skrobać te swoje książki – nikogo to już nie obchodziło. Jednym z większych dziwactw Madame był jej gołąb. Posiadanie gołębia, gdy nie ma się gołębnika, ani też nie wykorzystuje się go w celu komunikacji ze światem już samo w sobie jest niejaką ekstrawagancją. A gdy wyprowadza się go na smyczy – no, to już poważne wariactwo. Chodziła tedy Madame Harum po wsi, a gołąb leciał niewysoko nad nią. Sznurek przymocowany miał do łapki. Najzabawniej wypadał, kiedy zapomniawszy o Madame i całym Bożym świecie, chciał pod wpływem dzikiego zewu, wzbić się wysoko w górę. Wtedy sznurek naprężał się i gwałtownie hamował ptaszynę, która nieco oszołomiona zaczynała swobodnie spadać i nieraz dopiero przy samej ziemi udawało jej się złapać wiatr w skrzydła i wzbić się z powrotem, ale już układnie i posłusznie, nieco tylko ponad rondem kapelusza Madame. Och, zawistny byłem o gołębia tego, ależ byłem zawistny! Ja życie prowadziłem dziwaczne, po nocach nie spałem, miotany mąkami twórczymi, do miasta jeździłem, pola nie uprawiałem, swego czasu księdzem manipulowałem ohydnie, a ona ptaka uwiązała i już – wszyscy pokłony bić a uprzejmości sadzić, a się celebrować i ceregielić, i ceremonić. Nawet już im dziwne nie było, że wieprza mojego na noc do domu wpuszczam, bo mi go szkoda zawsze. Ach, straszny to ból być odsuniętym w cień. Szczęśliwym trafem nie ma takiego mocnego, co by się na niego mocniejszy nie znalazł. Wszystko zaczęło iść po mojej myśli 1 maja 2004 roku. Jak wiemy, był to dzień, kiedy Polska do Unii wstępowała, a że wraz z moim przybyciem Zawżdymucha była na bieżąco z wydarzeniami, to i sołtys zarządził, że należy odpowiednio sprawę uczcić. Na remizie powieszono ogromną flagę, prawie niebieską, bo fioletową, ale wypłowiałą i przypięto do niej 12 (początkowo 13, ale w porę się Krochmal w błędzie połapał) gwiazdek. Nad nią sporządzono dużymi literami napis: WITAY CI UNYO! Pomysł sołtysa. Stwierdził bowiem, że to tak bardziej po zachodniemu będzie wyglądać, że to postępowo. Nie potrafiłem mu wyjaśnić, że to bynajmniej nie postępowo i jak już, to tak napisano by w XV w. Zeźliła mnie wtenczas cała ta ciemnota, ciemnogród cholerny, bo pewnie już stanął przed Wami wcale żałosny obrazek owych przygotowań, a powiem tyle, że to, coście sobie wyobrazili, możecie śmiało pomnożyć razy dziesięć. I nie wiedziałem wcale – domyślać się nijak nie mogłem – że oto tu – na tym polu - przyjdzie mi szukać pomsty. Rano 1 maja wyszedłem jak co dzień do sklepu. Patrzę, a tu zamieszanie i popłoch przy remizie – flagę ściągają. Podchodzę bliżej i zaczepiam Krochmala, pytam, co się stało. Powiada: -A, panie, trza wartko flagę ściągnąć, gwiazdki odpiąć i drugą stroną powiesić. Głupio trochę, bo tam rąbki wykończone – będzie znać, że tośmy sami cięli, no ale nic... -Ale co to, po jakiemu, panie? – pytam. -A, panie – spójrz pan – ptak nasrał z tej strony. Ni chybi w środek, między gwiazdki. Coś mi zaświtało. Postanowiłem wykorzystać mój jeszcze nie całkiem zszargany autorytet. Kazałem zaczekać z całą operacją, rozłożyć flagę na ziemi a porządnie ją rozprostować. Nasrane faktycznie było uczciwie. Zarządziłem, aby mi przyniesiono metr krawiecki i ołówek. Pomanipulowałem nimi na płaszczyźnie płachty. Oczywiście zupełnie nie wiedziałem, co robię, ale starałem się wyglądać na bardzo mądrze mądrego, a ruchy moje uczynić uczonymi i wyważonymi. Potem długo, długo dumałem, aż wreszcie wyprostowałem się i przemówiłem do ludu: -Jest to sprawa niezwykłej wagi, nie mająca precedensu. Dokonałem bardzo skomplikowanych pomiarów i obliczeń, których uczyłem się latami w różnorakich szkołach w mieście. Myślę, że powinniście wszyscy poznać prawdę, choć przejmuje ona grozą, a u jej genezy doszukać się będziemy mogli zbrodni, gwałtów i intryg. Niechże każdy z was raz jeszcze spojrzy na tę flagę. W białej plamie tej z gówna kryje się tajemnica mroczna, która teraz jednak ma ujrzeć światło dzienne. Oto – przypatrzcie się jeszcze – leży ona idealnie po środku okręgu, którego obwód wyznaczają gwiazdki. Idealnie po środku! To nie mój wymysł. Według wszelkich uznanych praw i zasad, jako to – (tutaj dałem wodzę fantazji) – Twierdzenie Euklidesa, Twierdzenie Pitagorasa, Twierdzenie Plancka, Prawo Stałości Składu, Zasada Zachowania Energii, Zasada Zachowania Pędu, Współczynnik Ignaca, gówno leży dokładnie po środku. I – nie łudźmy się – nie jest to przypadek. Ptak nigdy nie wysra się, uwzględniając Współczynnik Ignaca, bo go nie zna. Natomiast ktoś może pokierować ptakiem, aby tak uczynił. Ktoś obyty, kształcony u przednich rechtorów. I mający dostęp oraz władzę nad ptakiem. Drodzy Zawżdymuszanie, to zrobił ktoś, kto ma – zawiesiłem głos, westchnąłem ciężko, niby to z bólem – gołębia... Ależ wspaniale jest podburzać tłum! Ha! Już to ruszyli z grabiami i z pochodniami pod dom Madame. A masz, głupia krowo! Hi, hi, no to – do roboty! W remizie urządzono sąd – posadziliśmy protestującą i miotającą się w oburzeniu damę na ławie oskarżonych. Oczywiście wystąpiłem w roli prokuratora, a na asystenta wybrałem Krochmala, bo chłop zawsze był mi przychylny bardziej, niż tej cizi. Bronić chciała się sama, ale przekonałem ciemniaków, że tak nie można, więc wyznaczyliśmy jej obrońcę – Marysię, dziewkę bezdennie głupią, co do której byłem pewien, że słowem się nie odezwie. Rozpoczął się sąd. Madame siedziała z miną obrażoną i nosem zadartym, na początku nie odpowiadała na żadne pytania, potem jednak, gdy nie dawałem za wygraną, zaczęła coś tam przebąkiwać. -Czy posiada pani ptaka, gołębia? -Tak,…