Proces
kolejny spisek w Zawżdymusze
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Proces
Muszę podzielić się z Wami wielkim smutkiem, który stał się moim udziałem jakiś czas temu. Mieszkam w najmniejszej chyba wsi świata, Zawżdymusze. Jestem tu osobą poważaną i dość ważną, a z powodu mojej profesji (jestem znakomitym i – nie ukrywajmy – naprawdę wielkim pisarzem), wzbudzającą niemałe kontrowersje. Ile to już historii powstało na temat moich wypadów do miasta (jako jedyny tutaj zwykłem je praktykować) i obrazoburczego nieposiadania pola – zliczyć nie mogę! Przeto wielką przykrość sprawiła mi Madame Harum sprowadzając się do nas. Była to malarka abstrakcjonistka, niebywale ekscentryczna. I zrazu wszystkie oczy we wsi zwróciły się w jej kierunku, a ot, jakiś literat mizerny mógł sobie tam skrobać te swoje książki – nikogo to już nie obchodziło. Jednym z większych dziwactw Madame był jej gołąb. Posiadanie gołębia, gdy nie ma się gołębnika, ani też nie wykorzystuje się go w celu komunikacji ze światem już samo w sobie jest niejaką ekstrawagancją. A gdy wyprowadza się go na smyczy – no, to już poważne wariactwo. Chodziła tedy Madame Harum po wsi, a gołąb leciał niewysoko nad nią. Sznurek przymocowany miał do łapki. Najzabawniej wypadał, kiedy zapomniawszy o Madame i całym Bożym świecie, chciał pod wpływem dzikiego zewu, wzbić się wysoko w górę. Wtedy sznurek naprężał się i gwałtownie hamował ptaszynę, która nieco oszołomiona zaczynała swobodnie spadać i nieraz dopiero przy samej ziemi udawało jej się złapać wiatr w skrzydła i wzbić się z powrotem, ale już układnie i posłusznie, nieco tylko ponad rondem kapelusza Madame. Och, zawistny byłem o gołębia tego, ależ byłem zawistny! Ja życie prowadziłem dziwaczne, po nocach nie spałem, miotany mąkami twórczymi, do miasta jeździłem, pola nie uprawiałem, swego czasu księdzem manipulowałem ohydnie, a ona ptaka uwiązała i już – wszyscy pokłony bić a uprzejmości sadzić, a się celebrować i ceregielić, i ceremonić. Nawet już im dziwne nie było, że wieprza mojego na noc do domu wpuszczam, bo mi go szkoda zawsze. Ach, straszny to ból być odsuniętym w cień. Szczęśliwym trafem nie ma takiego mocnego, co by się na niego mocniejszy nie znalazł. Wszystko zaczęło iść po mojej myśli 1 maja 2004 roku. Jak wiemy, był to dzień, kiedy Polska do Unii wstępowała, a że wraz z moim przybyciem Zawżdymucha była na bieżąco z wydarzeniami, to i sołtys zarządził, że należy odpowiednio sprawę uczcić. Na remizie powieszono ogromną flagę, prawie niebieską, bo fioletową, ale wypłowiałą i przypięto do niej 12 (początkowo 13, ale w porę się Krochmal w błędzie połapał) gwiazdek. Nad nią sporządzono dużymi literami napis: WITAY CI UNYO! Pomysł sołtysa. Stwierdził bowiem, że to tak bardziej po zachodniemu będzie wyglądać, że to postępowo. Nie potrafiłem mu wyjaśnić, że to bynajmniej nie postępowo i jak już, to tak napisano by w XV w. Zeźliła mnie wtenczas cała ta ciemnota, ciemnogród cholerny, bo pewnie już stanął przed Wami wcale żałosny obrazek owych przygotowań, a powiem tyle, że to, coście sobie wyobrazili, możecie śmiało pomnożyć razy dziesięć. I nie wiedziałem wcale – domyślać się nijak nie mogłem – że oto tu – na tym polu - przyjdzie mi szukać pomsty. Rano 1 maja wyszedłem jak co dzień do sklepu. Patrzę, a tu zamieszanie i popłoch przy remizie – flagę ściągają. Podchodzę bliżej i zaczepiam Krochmala, pytam, co się stało. Powiada: -A, panie, trza wartko flagę ściągnąć, gwiazdki odpiąć i drugą stroną powiesić. Głupio trochę, bo tam rąbki wykończone – będzie znać, że tośmy sami cięli, no ale nic... -Ale co to, po jakiemu, panie? – pytam. -A, panie – spójrz pan – ptak nasrał z tej strony. Ni chybi w środek, między gwiazdki. Coś mi zaświtało. Postanowiłem wykorzystać mój jeszcze nie całkiem zszargany autorytet. Kazałem zaczekać z całą operacją, rozłożyć flagę na ziemi a porządnie ją rozprostować. Nasrane faktycznie było uczciwie. Zarządziłem, aby mi przyniesiono metr krawiecki i ołówek. Pomanipulowałem nimi na płaszczyźnie płachty. Oczywiście zupełnie nie wiedziałem, co robię, ale starałem się wyglądać na bardzo mądrze mądrego, a ruchy moje uczynić uczonymi i wyważonymi. Potem długo, długo dumałem, aż wreszcie wyprostowałem się i przemówiłem do ludu: -Jest to sprawa niezwykłej wagi, nie mająca precedensu. Dokonałem bardzo skomplikowanych pomiarów i obliczeń, których uczyłem się latami w różnorakich szkołach w mieście. Myślę, że powinniście wszyscy poznać prawdę, choć przejmuje ona grozą, a u jej genezy doszukać się będziemy mogli zbrodni, gwałtów i intryg. Niechże każdy z was raz jeszcze spojrzy na tę flagę. W białej plamie tej z gówna kryje się tajemnica mroczna, która teraz jednak ma ujrzeć światło dzienne. Oto – przypatrzcie się jeszcze – leży ona idealnie po środku okręgu, którego obwód wyznaczają gwiazdki. Idealnie po środku! To nie mój wymysł. Według wszelkich uznanych praw i zasad, jako to – (tutaj dałem wodzę fantazji) – Twierdzenie Euklidesa, Twierdzenie Pitagorasa, Twierdzenie Plancka, Prawo Stałości Składu, Zasada Zachowania Energii, Zasada Zachowania Pędu, Współczynnik Ignaca, gówno leży dokładnie po środku. I – nie łudźmy się – nie jest to przypadek. Ptak nigdy nie wysra się, uwzględniając Współczynnik Ignaca, bo go nie zna. Natomiast ktoś może pokierować ptakiem, aby tak uczynił. Ktoś obyty, kształcony u przednich rechtorów. I mający dostęp oraz władzę nad ptakiem. Drodzy Zawżdymuszanie, to zrobił ktoś, kto ma – zawiesiłem głos, westchnąłem ciężko, niby to z bólem – gołębia... Ależ wspaniale jest podburzać tłum! Ha! Już to ruszyli z grabiami i z pochodniami pod dom Madame. A masz, głupia krowo! Hi, hi, no to – do roboty! W remizie urządzono sąd – posadziliśmy protestującą i miotającą się w oburzeniu damę na ławie oskarżonych. Oczywiście wystąpiłem w roli prokuratora, a na asystenta wybrałem Krochmala, bo chłop zawsze był mi przychylny bardziej, niż tej cizi. Bronić chciała się sama, ale przekonałem ciemniaków, że tak nie można, więc wyznaczyliśmy jej obrońcę – Marysię, dziewkę bezdennie głupią, co do której byłem pewien, że słowem się nie odezwie. Rozpoczął się sąd. Madame siedziała z miną obrażoną i nosem zadartym, na początku nie odpowiadała na żadne pytania, potem jednak, gdy nie dawałem za wygraną, zaczęła coś tam przebąkiwać. -Czy posiada pani ptaka, gołębia? -Tak,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Robin Goodfellow
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…