Filozofia · 6 min czytania
Przepaść
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przepaść
Nieco zbyt śpiesznym ruchem noga jej zmieniła drugą nogę tuż przy podwyższeniu tego małego wzgórza, na które wtaczała się teraz, niesiona jakby oddechem letniego poranka, błyskawicą świeżości, młodości swojej, tego wiru. Jeszcze ten kawałek, potem będzie już prosto, długo potoczy się droga, zawsze otwarta, zawsze gościnna, obejmująca w posiadanie jej stopy i kierunek, któremu oddaje się w ten jasny letni dzień, świąteczny niemal. Płynie już swobodnie, przytrzymywana tylko lekko drgającym w upale powietrzem, roznosi swoje spojrzenia pośród polnych traw, pośród dzikorosnących woni, zbóż, malowanych kłosem jedwabnym, samotnych topoli. Daleko od domu jest, ale nic to, dobrze jej zrobi kilkugodzinna wycieczka, samotności w przestworzach nieco, myśli własnych więcej niż można, niż trzeba, niż wypada nawet. Więcej tu ich, rozsnuwają się radośnie, z naczelnym przykazem jej kilkunastu wiosen, z okrzykiem pierwszym, głośniejszym niż inne dotąd, z wiarą, że przecież, a może, a czemu nie, bo chce, bo tak. I raptem znów mocniej pedał naciska, aż paski sandałów napięły się, żyły takoż, ścięgna, i frunie sobie hen, obok zieleni żywej, soczystej, karmiącej ją widokiem jednostajnym, a ciągle podążającym za niebem, które przykrywa tu wszystko, cały horyzont, aż po końce rzęs. Za chwilę przystanie pod tą starą lipą, co cieniem gęstym przykrywa wszystkie niedostatki, suchoty, powykręcane sploty witkowe, rozłoży dużą torbę, wyjmie ręcznik, który zatroszczy się o jej spocone pośladki, bo ziemia chłodna jeszcze, rozsmakuje się w kanapkach z sałatą, ogórkiem, przemyje wodą zakurzone stopy, wystawiając je poza znamię drzewa, by wyschły same pośród rozkosznych pieszczot promieni.
Znów te same drzewa i ani śladu jakiegoś domostwa. To już nie to, co dawniej. Dawniej można było czuć się swobodnym, nie martwić się, że jakiś zacofany wieśniak podkabluje cię, wykazując zwyczajową troskę o własny kurnik, że z ciebie to na pewno włóczęga albo złodziej, albo jedno i drugie. Był tu kiedyś? Znajome te zagajniki jakieś, nie pamięta już, choć może jednak pamięta, jak wtedy, dawno już, tam, pośród minionych lat i tych wspomnień, od których chciałby się wreszcie uwolnić, ale one wciąż zaskakują go w środku nocy, wśród parujących tanim alkoholem snów, wciąż złorzeczą na niego tamte usta poznaczone szramami, wypuszczające trochę dymu i więcej, znacznie więcej złości roztrząsającej jego lalkowate kończyny. Ale ta zieleń jest inna, znów patrzy z udręką na szeroką drogę, na buty rozłażące się na brudnych nogach. Grzebie w kieszeniach, w jednej zrobiła się dziura, w drugiej wytrząśnięty tytoń wczepia się pod paznokcie, wczoraj wypalił ostatniego, a tak bardzo chciałby się zaciągnąć, poczuć w ustach gorzki smak, rozsmarować go na dziąsłach, zatrzymać na chwilę dla siebie, uwolnić, jeszcze raz zatrzymać.
Wszystko się klei, całe majtki ma mokre od gorąca.